Reklama

Wszystko zaczęło się w czwartek, kiedy przyszłam odebrać Leosia trochę wcześniej niż zwykle, tuż po obiedzie. Kiedy weszłam na korytarz, uderzyła mnie dziwna cisza, a gdy zajrzałam przez szybę w drzwiach sali, serce mi stanęło. Wszystkie dzieci bawiły się na dywanie, a mój malutki, przestraszony synek siedział sam, na małym krzesełku, odwrócony twarzą do ściany w najdalszym, ciemnym kącie pokoju. Miał czerwone od płaczu oczy, cicho szlochał i nerwowo miętosił w rączkach rękaw bluzki.

Gwałtownie otworzyłam drzwi i podbiegłam do niego, pytając panią wychowawczynię, co tutaj się dzieje i dlaczego moje dziecko jest izolowane od rówieśników. Opiekunka spojrzała na mnie z lodowatym spokojem, jakby sytuacja była czymś zupełnie naturalnym, i oznajmiła, że Leon odbywa właśnie swoją karę, ponieważ wykazał się ogromnym brakiem szacunku do jedzenia i pracy pań kucharek.

Okazało się, że mój 3-letni syn po prostu nie chciał zjeść zupy jarzynowej, która tego dnia była w jadłospisie, a ponieważ płakał i odpychał talerz, został natychmiast usadzony w kącie, żeby przemyślał swoje zachowanie.

Szokujące tłumaczenia nauczycielki po ukaraniu 3-latka

Kiedy usłyszałam te słowa, krew w żyłach dosłownie mi zamarzła, a potem poczułam potężną falę czystej, rodzicielskiej wściekłości. Zabrałam zapłakanego Leosia na ręce, przytuliłam go najmocniej, jak potrafiłam, i zażądałam natychmiastowych wyjaśnień, dlaczego wobec trzylatka stosuje się metody rodem z poprzedniego stulecia.

Tłumaczenia pani nauczycielki to był po prostu absolutny skandal, który do teraz nie mieści mi się w głowie. Kobieta z całkowitym przekonaniem zaczęła mnie pouczać, że w przedszkolu panują zasady, których dzieci muszą się bezwzględnie słuchać, a brak apetytu to zwykłe wymuszanie i fochy, na które ona nie może sobie pozwolić przy dwudziestoosobowej grupie.

Powiedziała mi prosto w twarz, że jeśli nie nauczy Leona dyscypliny teraz, to chłopak wejdzie mi na głowę, a usadzenie w kącie to przecież żadna krzywda, tylko sprawdzona, skuteczna metoda wychowawcza. Argumentowałam, że zmuszanie do jedzenia przemocą i wykluczanie dziecka z grupy rówieśniczej z powodu niechęci do zupy to czyste okrucieństwo, ale pani tylko westchnęła z pobłażaniem i stwierdziła, że dzisiejsi rodzice są przewrażliwieni i za bardzo głaszczą swoje dzieci.

Jakie skutki ma zmuszanie dziecka do jedzenia w przedszkolu?

Najgorsze w tym wszystkim jest to, jak ta sytuacja potwornie odbiła się na psychice mojego małego synka, który przecież dopiero co adaptował się w nowym miejscu. Od tamtego czwartku Leoś budzi się w nocy z płaczem, kurczowo trzyma się mojego ramienia i co chwilę pyta, czy znowu będzie musiał siedzieć w kącie, jeśli nie zje wszystkiego z talerza. Moje dziecko, które wcześniej chętnie biegało do rówieśników, teraz na sam widok budynku przedszkola dostaje histerii, kurczowo ściska mnie za szyję i błaga, żebym go tam nie zostawiała.

Zmuszanie malucha do jedzenia przez upokarzanie go na oczach całej grupy to nie jest żadna nauka szacunku do posiłków − to ordynarne łamanie dziecięcych granic i sianie emocjonalnego spustoszenia. Sprawę oczywiście natychmiast zgłosiłam do dyrekcji placówki, żądając wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec tej pani, ale niesmak, potworny żal i poczucie winy, że nie obroniłam własnego dziecka przed taką traumą, zostaną we mnie na bardzo długo.

Chcę ostrzec inne mamy: reagujcie i sprawdzajcie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sal, bo przedszkole powinno być bezpiecznym azylem, a nie miejscem, gdzie łamie się charaktery.

Ania


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Wstyd mi za teściową, że tak podle potraktowała moją córkę na komunii. Dałam jej nauczkę”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...