Reklama

Każdy z nas miewa dni, kiedy poziom zmęczenia przekracza wszelkie dopuszczalne normy, a jedynym marzeniem jest chwila świętego spokoju. Problem pojawia się wtedy, gdy ten stan zmęczenia staje się stałym elementem domowego krajobrazu, a my zaczynamy funkcjonować jak zaprogramowane roboty.

Codzienność na autopilocie, czyli kiedy uciekają emocje

Rodzic zombie to nie ktoś, kto nie kocha swojego dziecka, ale ktoś, kto z powodu przebodźcowania i wyczerpania stracił zdolność do autentycznego, emocjonalnego współuczestniczenia w życiu rodziny. Wykonujemy wszystkie techniczne zadania, gotujemy obiady, pierzemy ubranka i zawozimy na zajęcia dodatkowe, ale w tym wszystkim brakuje naszej prawdziwej obecności.

Oto 5 konkretnych zachowań, które pokazują, że codzienna rutyna mogła przejąć kontrolę nad twoją relacją z maluchem:

1. Odpowiadanie mechanicznymi półsłówkami na każdą opowieść malucha

Kiedy dziecko z ekscytacją pokazuje nam swój najnowszy rysunek, a z naszych ust po raz setny pada bezwiedne, rzucone bez patrzenia „Super” lub „Ładnie”, wysyłamy jasny komunikat. Dla małego człowieka, który potrzebuje naszego wzroku i pełnej uwagi, takie dorosłe odbębnienie rozmowy jest sygnałem, że jego sprawy nie są dla nas istotne. Z czasem przestaje pytać, opowiadać i pokazywać, bo uczy się, że mama lub tata i tak są nieobecni duchem.

2. Ucieczka w ekran telefonu przy każdej możliwej okazji

Smartfon staje się tarczą obronną przed kolejnym pytaniem, nudną zabawą czy koniecznością wejścia w interakcję. Kiedy łapiemy się na tym, że przewijamy media społecznościowe, karmiąc dziecko piersią, siedząc obok niego na dywanie czy czekając na placu zabaw, tworzymy niewidzialny mur. Dzieci doskonale widzą, co wygrywa rywalizację o naszą uwagę, a plastikowe pudełko trzymane w dłoni staje się ich największym rywalem.

3. Skupianie się wyłącznie na logistycznej stronie życia dziecka

Chodzi o tak zwaną mechaniczną troskę, czyli sytuację, w której całkowicie ignorujemy wnętrze malucha. Pytamy, czy zjadło obiad, czy spakowało plecak i czy umyło zęby, ale zupełnie zapominamy zapytać o to, jak się dzisiaj czuło, co je rozśmieszyło albo dlaczego ma gorszy humor. Dziecko w takim układzie zaczyna czuć się jak projekt do zrealizowania, a nie jak żywa osoba, której emocje są dla rodziców najważniejsze na świecie.

4. Chroniczny brak kontaktu wzrokowego i fizycznej bliskości

Kiedy maluch podchodzi, by się przytulić, a my sztywniejemy lub odsuwamy go, tłumacząc się pośpiechem, krojeniem cebuli czy ważnym mailem, ranimy jego delikatne poczucie bezpieczeństwa. Rodzic zombie rzadko patrzy dziecku prosto w oczy z miłością i uwagą, częściej jego wzrok błądzi po pokoju w poszukiwaniu kolejnych zadań do wykonania. Tymczasem to właśnie w naszych oczach dziecko szuka potwierdzenia swojej wartości i miłości, której tak bardzo potrzebuje do prawidłowego rozwoju.

5. Ciągłe poczucie irytacji i traktowanie obecności dziecka jako obciążenia

Jeśli każde wejście malucha do pokoju, każde jego pytanie czy prośba o wspólną zabawę wywołuje u nas ciężkie westchnienie, to znak, że granica została przekroczona. Dzieci są genialnymi obserwatorami i momentalnie wyłapują naszą mowę ciała, zniecierpliwiony ton głosu czy nerwowe gesty. Kiedy widzą, że ich bliskość nas męczy, zaczynają wierzyć, że są dla nas wyłącznie problemem i ciężarem, z którym musimy się mierzyć każdego dnia.

Pułapka perfekcjonizmu. Jak unikać emocjonalnego wyczerpania?

Zauważenie u siebie tych zachowań nie powinno być powodem do wpisania się na listę najgorszych rodziców świata, ale impulsem do natychmiastowej zmiany kursu. Pierwszym krokiem do wyjścia z tego marazmu jest odłożenie na bok perfekcjonizmu i radykalne skrócenie listy codziennych zadań, które sami na siebie nakładamy. Podłoga nie musi lśnić, a obiad nie musi składać się z dwóch dań, jeśli ceną za to ma być całkowite emocjonalne wykończenie i brak sił na rozmowę z własnym dzieckiem. Czasami najzdrowszą rzeczą, jaką możemy zrobić dla relacji, jest odpuszczenie domowych obowiązków na rzecz wspólnego leżenia na dywanie i patrzenia w sufit.

Jak zrzucić maskę zombie i wrócić do żywych?

Warto wprowadzić do codziennego grafiku zasadę małych, ale stuprocentowych momentów uważności, które potrafią zdziałać cuda. Nie musimy bawić się z dzieckiem przez pięć godzin bez przerwy, wystarczy piętnaście minut dziennie, ale takich, w których telefon leży w drugim pokoju, a my jesteśmy zaangażowani całym sercem.

Wspólne czytanie książki przed snem, krótki spacer bez pośpiechu czy szczera rozmowa o minionym dniu potrafią odbudować nadwątloną więź szybciej niż nam się wydaje. Dziecko natychmiast poczuje różnicę i znowu zobaczy w nas żywego, reagującego człowieka, który nie tylko jest obok, ale przede wszystkim jest z nim.

Zobacz też: Odpychająca scena w markecie w dziale z wyprawką szkolną. Rodzice skakali sobie do gardeł. „Wstyd na cały sklep”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...