Reklama

Jak donoszą media, samolot linii Porter Airlines opuścił terminal i kierował się w stronę pasa startowego. To wtedy załoga i rodzice dziecka wielokrotnie próbowali doprowadzić do tego, by maluch usiadł na swoim miejscu i miał zapięte pasy bezpieczeństwa. Próby nie przyniosły żadnego efektu.

Zaczęło się już w drodze na pas, a czas uciekał

Linia przekazała, że dziecko stało na fotelu, co z perspektywy procedur przedstartowych oznaczało brak możliwości bezpiecznego rozpoczęcia lotu. W pewnym momencie podjęto decyzję o przerwaniu kołowania i zawróceniu do terminala, by umożliwić pasażerom opuszczenie maszyny.

Nie skończyło się jednak na szybkim wyjściu i równie szybkim powrocie na pokład. Wszyscy podróżni musieli wysiąść na czas przygotowania nowego planu lotu i dopełnienia formalności. Cały proces zajął tyle czasu, że tego dnia nie udało się już ponownie wystartować i rejs ostatecznie odwołano.

Na pokładzie narastało napięcie, a pasażerowie zostali na lodzie

Pasażerowie relacjonowali później, że na pokładzie było dużo frustracji. Z jednej strony część osób patrzyła na sytuację przez pryzmat własnych planów i narastającego opóźnienia, z drugiej w relacjach pojawiały się też bardziej empatyczne głosy: dziecko nie tyle odmawiało współpracy, ile silnie się bało.

Ludzie opowiadali, że maluch chował się pod fotelem i wyślizgiwał spod pasów, kiedy próbowano go zapiąć. Takie reakcje w podróży lotniczej nie są rzadkością, zwłaszcza gdy dziecko jest przebodźcowane, zmęczone albo przestraszone nową sytuacją. To jednak nie zmienia faktu, że przy starcie procedury są zero-jedynkowe: bez zapiętych pasów i właściwej pozycji nie da się bezpiecznie ruszyć.

Dla pasażerów skutki były konkretne. Ponieważ lotu nie udało się już wykonać tego samego dnia, podróżni musieli zostać na noc w Kolumbii Brytyjskiej. Część osób w pośpiechu szukała noclegu, a teraz domaga się od przewoźnika zwrotu poniesionych kosztów.

Linie przeprosiły, ale szczegółów podano niewiele

Przewoźnik Porter Airlines przeprosił za niedogodności i potwierdził, że pasażerowie dotarli do Toronto następnego dnia. Nie podano jednak wieku dziecka ani tego, ile osób było na pokładzie. Wiadomo jedynie, że samolot dysponował 132 miejscami.

Ta sytuacja pokazuje, jak szybko jeden trudny moment potrafi „rozlać się” na cały rejs i całą grupę pasażerów. Warto przy tym pamiętać, że za tak skrajnymi zachowaniami malucha na pokładzie nie musi wcale stać brak dyscypliny czy rzekome rozwydrzenie. Może być też tak, że paraliżujący strach przed zamkniętą przestrzenią czy hałasem silników wywołuje u kilkulatka panikę, z którą jego niedojrzały układ nerwowy po prostu sobie nie radzi. W takich momentach pełne empatii i cierpliwości podejście rodziców oraz załogi, choć trudne dla zniecierpliwionych współpasażerów, jest jedynym bezpiecznym sposobem na zaopiekowanie się głębokim lękiem przestraszonego dziecka.

Jeśli latacie z dziećmi, może to być też przypomnienie, że w podręcznej torbie warto mieć rzeczy, które pomagają maluchowi poczuć się bezpieczniej w fotelu: ulubioną przytulankę, słuchawki wyciszające czy coś do picia. To nie zawsze zadziała od razu, ale w stresie takie drobiazgi potrafią realnie ułatwić start − dosłownie i w przenośni.

Źródło: Interia

Zobacz też: Na ręczniku obok rozgrywał się dramat: wszyscy patrzyli, co dzieje się z tym dzieckiem. Matka milczała, a ojciec powtarzał jedno zdanie

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...