Reklama

Dzieciom zdarza się płakać nawet w wyjątkowo urokliwiej, nadmorskiej scenerii. Jednym do oka wpadnie piasek, inne przestraszą się pływających w wodzie wodorostów albo pokłócą o wiaderko. Zwykle nikt nie zwraca na to większej uwagi, bo to po prostu część rodzinnych wakacji. Kilka dni temu w Gdyni byłam jednak świadkiem sceny, która od początku wydawała mi się zupełnie inna.

Dziewczynka płakała, mama próbowała wszystkiego. Ojciec wybrał straszenie

Leżałam na plaży i czytałam książkę. Pogoda dopisywała, wokół było mnóstwo rodzin z dziećmi. Kilka metrów ode mnie rozłożyło się młode małżeństwo z dwójką maluchów. Młodszy chłopiec, może roczny, niemal od razu zasnął w wózku. Starsza dziewczynka, na oko dwu– lub trzylatka, ledwo usiadła na kocu, a już zaczęła głośno płakać.

Nie wiem, co było przyczyną. Być może była zmęczona podróżą, może było jej za gorąco, a może po prostu miała gorszy moment. Małe dzieci nie zawsze potrafią powiedzieć, co czują.

Mama reagowała dokładnie tak, jak pewnie zrobiłoby wielu rodziców. Spokojnie do niej mówiła, proponowała wspólne pójście do wody, pokazywała zabawki do piasku, próbowała ją przytulić, wzięła na ręce, głaskała po plecach. Nic nie pomagało. Po kilku minutach wyraźnie opadła z sił. Usiadła obok córki i zamilkła zrezygnowana.

Wtedy odezwał się tata.

– Jak się nie uspokoisz, zadzwonię do hotelu i powiem, żeby cię nie wpuścili. Za karę. Bo tak się darłaś na plaży.

Dziewczynka spojrzała na niego z przerażeniem.

Po chwili rozpłakała się jeszcze mocniej.

Im dłużej to trwało, tym bardziej ludzie czuli się nieswojo

Na plaży trudno cokolwiek ukryć. Głosy niosą się daleko, a kiedy jedno dziecko płacze naprawdę głośno, mimowolnie zwraca na siebie uwagę plażowiczów w promieniu kilkunastu metrów.

Widziałam, jak kobieta siedząca obok mnie odłożyła gazetę i spojrzała w stronę tej rodziny. Starszy pan, który chwilę wcześniej drzemał na leżaku, uniósł głowę. Kilka osób wymieniło między sobą znaczące spojrzenia.

Nikt nic nie powiedział.

Ojciec tymczasem uparcie powtarzał to samo zdanie.

– Zadzwonię do hotelu. Nie wpuszczą cię.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

Dziewczynka była już tak roztrzęsiona, że trudno było zrozumieć, co mówi przez łzy. Widać było tylko, że naprawdę się boi. Dla dorosłego to oczywiście absurdalna groźba. Ale dla dwu- czy trzylatki tata jest kimś, kto wie wszystko i może wszystko. Skoro mówi, że nie będzie mogła wrócić do hotelu, to dlaczego miałaby mu nie wierzyć?

Patrzyłam na tę scenę i miałam wrażenie, że ojciec wcale nie próbuje uspokoić córki. On próbował sprawić, żeby przestała płakać.

To nie jest to samo.

Strach ucisza dziecko tylko na chwilę

Po powrocie do domu długo myślałam o tej rodzinie. Nie oceniam ich jako rodziców. Nie wiem, jak wygląda ich codzienność, ile mają na głowie ani czy tamten dzień nie był dla nich wyjątkowo trudny.

Mam jednak wrażenie, że coraz częściej mylimy dwa zupełnie różne cele: chcemy, żeby dziecko natychmiast przestało płakać, zamiast zastanowić się, dlaczego płacze.

Dlatego pojawiają się groźby, szantaże, straszenie policjantem, lekarzem, panią w sklepie czy jak w tym przypadku – hotelem. Problem w tym, że małe dziecko nie odbiera takich słów jak żartu albo wychowawczej sztuczki. Ono odbiera je dosłownie. Czuje lęk. A lęk nie uczy regulowania emocji. Uczy jedynie, że kiedy jest mu trudno, ktoś jeszcze dołoży mu kolejny powód do strachu.

Najbardziej zapadła mi w pamięć cisza mamy. Nie dlatego, że nic nie robiła. Wręcz przeciwnie – wcześniej próbowała wszystkiego, co przyszło jej do głowy. Po prostu w pewnym momencie oddała inicjatywę mężowi, być może licząc, że jemu uda się uspokoić córkę.

Nie udało się. Bo są słowa, które kończą płacz tylko pozornie. Dziecko może zamilknąć, ale nie dlatego, że poczuło się bezpiecznie. Zamilknie, bo będzie się bało. A przecież chyba nie o taki spokój chodzi nam w wychowaniu?

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...