Reklama

„Dlaczego mi nie powiedziałaś?”

Justyna Nagłowska opowiada w tej rozmowie historię, która zaczyna się bardzo zwyczajnie – od książki, której jej mama długo nie była w stanie przeczytać. Nie dlatego, że nie chciała, tylko dlatego, że się bała.

– Mówiła: boję się, że się rozpłaczę, że się rozpadnę – wspomina Justyna.

Kiedy w końcu ją przeczytała, pojawiły się wyrzuty sumienia. I pytanie, które zna wiele matek: „Gdzie ja byłam? Dlaczego nie widziałam?”.

Najbardziej poruszające w tej historii jest to, co wydarzyło się chwilę później. Justyna opowiada, że sama – jako dorosła kobieta – nie mówiła mamie o swoich trudnych momentach.

– Nie chciałam jej martwić – wspomina.

Dziś dokładnie to samo słyszy od swoich córek.

Miłość, która czasem zamyka

To jedno zdanie nagle odsłania coś więcej niż pojedynczą historię. Pokazuje schemat, który powtarza się w wielu domach. Matka chce wiedzieć wszystko – córka nie chce jej obciążać. I obie strony robią to z miłości.

W tej rozmowie bardzo wyraźnie widać, jak bardzo skomplikowana potrafi być relacja matki i dziecka. Z jednej strony ogromna bliskość, z drugiej – milczenie w najtrudniejszych momentach. Bo czasem łatwiej jest udźwignąć coś samemu, niż zobaczyć smutek w oczach mamy. I to właśnie ten paradoks zostaje najmocniej: robimy coś, co oddala nas od siebie… właśnie dlatego, że jesteśmy sobie tak bliskie.

Mówienie prawdy jako akt odwagi

Justyna mówi też o czymś, co dziś brzmi zaskakująco: że szczerość wciąż jest czymś, co ludzie odbierają jako odwagę.

– Najczęściej słyszę: „gratuluję odwagi” – mówi o reakcjach na swoją książkę.

I dodaje, że to ją smuci, bo chciałaby żyć w świecie, w którym mówienie prawdy o sobie nie jest czymś wyjątkowym, tylko normalnym. Żyjemy jednak w rzeczywistości, w której wiele rzeczy jest filtrowanych, wygładzonych, dopasowanych do oczekiwań. I właśnie dlatego prawda – ta nieidealna, czasem niewygodna – staje się czymś rzadkim.

„Przyjedź taka, jaka jesteś”

W tej rozmowie jest też moment bardzo ważny – kiedy Justyna opowiada o dniu, w którym przyjeżdża na nagranie naszego podcastu. Nie jest w dobrej formie. Jest smutna, zmęczona, rozbita. Przez chwilę myśli, że powinna się „ogarnąć”, że powinna przyjechać gotowa i uśmiechnięta.

– A potem pomyślałam: nie. Pojadę taka, jaka jestem.

To brzmi prosto, ale dla wielu kobiet wcale takie nie jest. Jesteśmy nauczone, żeby się zaciskać zęby i nakładać maski, dopasowywać do sytuacji niezależnie od tego, co dzieje się w nas. A ona robi coś odwrotnego. Daje sobie prawo do bycia w tym, co właśnie czuje.

Krok po kroku, nie „jakoś to ogarnę”

Kiedy rozmowa schodzi na trudne doświadczenia – rozwód, samotne macierzyństwo, depresję – Justyna nie daje gotowych recept. Mówi coś znacznie prostszego – że w takich momentach nie myślisz o całym życiu, myślisz o jednym kroku. O tym, co jest teraz do zrobienia. Czasem to będzie wyjście z domu, czasem rozmowa, czasem po prostu przetrwanie dnia. I to wystarczy.

„To nie jest o mojej beznadziejności”

Jest w tej rozmowie też bardzo ważny wątek depresji. Justyna mówi o nim bez patosu, bez dramatyzowania, ale też bez udawania, że „to już za nią”.

– Ona jest ze mną – mówi wprost.

Różnica polega na czymś innym. Na tym, że dziś rozpoznaje swoje sygnały i nie czeka, aż będzie naprawdę źle, tylko sięga po pomoc wcześniej. I nie traktuje tego jako porażki, tylko jako coś, co pozwala jej żyć.

Na koniec pojawia się pytanie, które zawsze brzmi mocno: co powiedziałaby sobie młodszej? Odpowiedź jest zaskakująca: „Nic”.

– Ona by tego i tak nie zrozumiała – mówi Justyna.

Bo są rzeczy, które trzeba przeżyć samemu. Potknąć się, pogubić, dojść do czegoś własną drogą. I może właśnie na tym polega też rola matki. Nie na tym, żeby uchronić przed wszystkim. Tylko żeby być, kiedy już coś się wydarzy.

Zobacz cały odcinek podcastu na YouTube Mamotoja.

Reklama
Reklama
Reklama