„Na wakacje nad Bałtykiem dla rodziny 2+1 wydałam 1000 zł, razem z noclegiem”. Polka odkryła tajemnicę tanich wakacji
Czy rodzinne wakacje nad morzem naprawdę muszą kosztować kilka tysięcy złotych? Nasza czytelniczka przekonuje, że nie. W liście do redakcji opisała, jak spędziła tydzień nad Bałtykiem z mężem i dzieckiem, wydając około 1000 zł na całą rodzinę.

Do redakcji napisała czytelniczka, która postanowiła podzielić się swoim sposobem na tanie wakacje nad morzem. Jak podkreśla, nie były to luksusowe wczasy w hotelu z basenem, ale przez tydzień nikt nie chodził głodny, a rodzinie nie brakowało atrakcji. Publikujemy jej list.
„Znajomi myśleli, że żartuję”
Kiedy powiedziałam znajomym, że jedziemy nad morze za około tysiąc złotych we trójkę, większość była przekonana, że przesadzam albo czegoś nie liczę. Tymczasem naprawdę udało nam się zmieścić w takim budżecie.
Mieszkamy w Toruniu. Nad morze pojechaliśmy pociągiem, oczywiście ze zniżką w ramach Biletu Rodzinnego. Dodatkowo bilety kupiliśmy wcześniej, dzięki czemu wyszły taniej. Z Gdańska dojechaliśmy jeszcze lokalnym autobusem do Jantaru.
Największą oszczędnością okazał się nocleg. Zamiast pensjonatu czy apartamentu wybraliśmy pole namiotowe. Dla wielu osób to pewnie krok wstecz, ale dla nas był to element wakacyjnej przygody. Dziecko było zachwycone samym faktem spania w namiocie.
Za pobyt płaciliśmy według cennika pola namiotowego. Dorośli po 20 zł za dobę, dziecko 10 zł. Za namiot nie doliczali, więc koszt noclegów był wielokrotnie niższy niż w najtańszych pensjonatach.
„Gotowaliśmy sami, ale codziennie był też mały wakacyjny luksus”
Nie ukrywam, że sporo dało nam własne jedzenie. Zabraliśmy kuchenkę turystyczną, garnki i podstawowe produkty. Na miejscu dokupywaliśmy pieczywo, warzywa, owoce czy nabiał w lokalnym markecie albo w Dino w Stegnie.
Śniadania jedliśmy na kempingu, obiady gotowaliśmy sami. Były makarony, zupy, ryż z warzywami, czasem jajecznica czy naleśniki. Nie była to kuchnia restauracyjna, ale nikt nie narzekał.
Jednocześnie nie chcieliśmy, żeby dziecko miało poczucie, że oszczędzamy na wszystkim. Dlatego codziennie kupowaliśmy coś typowo wakacyjnego. Jednego dnia gofra, innego frytki, czasem lody. To właśnie te drobne przyjemności najbardziej kojarzą się z wakacjami.
Wieczorami spacerowaliśmy po plaży, zbieraliśmy muszelki i oglądaliśmy zachody słońca. Za takie atrakcje nie trzeba płacić ani złotówki.
Jest jednak pewien haczyk
Gdy mówię, że wakacje kosztowały nas około tysiąca złotych, zawsze uczciwie dodaję jeden szczegół. Część produktów spożywczych kupiliśmy jeszcze przed wyjazdem i zabraliśmy z domu. Mieliśmy też własny namiot oraz sprzęt kempingowy kupiony kilka lat wcześniej.
Gdyby ktoś musiał wszystko skompletować od zera, koszt pierwszego wyjazdu byłby oczywiście wyższy. Jednak dla rodzin, które mają już podstawowy sprzęt, takie wakacje są naprawdę osiągalne.
Nie twierdzę, że to sposób dla każdego. Są osoby, które nie wyobrażają sobie urlopu bez hotelu, klimatyzacji czy restauracji. My jednak wróciliśmy wypoczęci, opaleni i zadowoleni.
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że nasze dziecko wspomina dziś przede wszystkim nocowanie w namiocie, wspólne gotowanie i zabawy na plaży. Nie pyta o hotel, którego nie było. Pamięta za to czas spędzony razem. I chyba właśnie o to chodzi w wakacjach.
Zobacz także: Państwo rozdaje nawet 600 zł na wakacje dla babci i dziadka. Wystarczy 1 wniosek