„Nad morzem dzieci zamawiają frytki i rybę, a ja mówię, że nie jestem głodna. Potem dojadam resztki. Nie stać nas na cztery obiady”
Dla wielu rodziców wakacyjny wyjazd oznacza dziś nie tylko odpoczynek, ale też ciągłe liczenie pieniędzy. Jedna z naszych czytelniczek przyznaje, że podczas urlopu zrezygnowała z czegoś, czego jej dzieci nawet nie zauważyły. „Najłatwiej oszczędza się na mamie” – napisała w mailu do naszej redakcji.

Rodzinny obiad w nadmorskiej restauracji jeszcze kilka lat temu był dla niej obowiązkowym punktem każdego dnia. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Kobieta twierdzi, że kiedy kelner podchodzi do stolika, odpowiada dokładnie to samo. Kłamie.
„Dla mnie nic. Nie jestem głodna”
Dzień dobry, mam troje dzieci i właśnie wróciliśmy z tygodniowego pobytu nad morzem. Nie będę narzekała na tłumy, bo z tym człowiek się liczy, wyjeżdżając w sezonie, a pogoda akurat była piękna. Najbardziej zaskoczyły mnie ceny, czyli te słynne paragony grozy. Wiedziałam, że będzie drogo, ale nie spodziewałam się, że aż tak.
Pierwszego dnia poszliśmy całą rodziną na obiad. Dzieci od razu wypatrzyły w menu rybę z frytkami, najmłodszy oczywiście uparł się na nuggetsy. Kiedy kelner zapytał, co zamawiam dla siebie, odruchowo odpowiedziałam, że nie jestem głodna.
Prawda wyglądała zupełnie inaczej. Byłam głodna, tylko w głowie już liczyłam, ile zapłacimy za cały rachunek. Pomyślałam sobie, że jeśli odpuszczę jeden obiad dziennie, to przez tydzień uzbiera się z tego całkiem konkretna kwota. Zaoszczędzone pieniądze wolałam przeznaczyć na lody dla dzieci, bilety do atrakcji czy pamiątki, o które i tak będą prosiły.
„Mój obiad zaczyna się wtedy, kiedy dzieci kończą jeść”
Od tamtego dnia wyglądało to właściwie tak samo. Dzieci dostawały swoje porcje, mąż zamawiał coś dla siebie, a ja siedziałam przy pustym talerzu i udawałam, że wystarczy mi kilka łyków wody albo picia ze sklepu, które przynieśliśmy ze sobą i ukradkiem popijaliśmy.
Najśmieszniejsze jest to, że dzieci nawet niczego nie podejrzewały. Były zajęte jedzeniem, opowiadały o plaży i planowały, co będą robić po obiedzie. Dopiero kiedy któreś mówiło, że już nie da rady zjeść wszystkiego, przesuwało talerz w moją stronę.
Wtedy zaczynał się mój obiad. Dojadałam kilka frytek, kawałek ryby albo nuggetsy. Czasem zostawała surówka, czasem pół ziemniaka. Nigdy nie przypuszczałabym, że na rodzinnych wakacjach będę czekała, aż dzieci czegoś nie zjedzą, żeby sama nie chodzić głodna.
Nie piszę tego po to, żeby ktoś się nade mną litował. Sama zdecydowałam, że wolę odpuścić własny obiad niż powiedzieć dzieciom, że nie pójdziemy na gofry albo nie kupimy im magnesu na lodówkę. Mam jednak poczucie, że w ostatnich latach coś się zmieniło. Jeszcze niedawno takie wyjazdy były przyjemnością, a teraz człowiek co chwilę wyciąga kalkulator i zastanawia się, z czego tym razem zrezygnować.
Najłatwiej zrezygnować z siebie. Chyba każda mama dobrze wie, o czym mówię.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Komentarz redakcji
Wakacyjne rachunki nad Bałtykiem od lat wywołują dyskusje, a w tym sezonie wielu turystów zwraca uwagę na wysokie ceny w restauracjach. Dla rodzin z kilkorgiem dzieci wspólny obiad potrafi kosztować nawet kilkaset złotych, nic więc dziwnego, że część rodziców szuka sposobów na ograniczenie wydatków.
List naszej czytelniczki pokazuje jednak coś więcej niż tylko problem drożyzny. W wielu rodzinach, gdy trzeba zacząć oszczędzać, jako pierwsza rezygnuje z czegoś właśnie mama. Czasem z nowej bluzki, czasem z deseru, a czasem – jak w tej historii – z własnego obiadu. Choć dla dzieci pozostaje to często niezauważone, wiele kobiet doskonale zna ten mechanizm.