Reklama

Rodzice chcą uczyć dzieci samodzielności i trudno mieć do nich o to pretensje. Problem pojawia się wtedy, gdy ta lekcja odbywa się w najbardziej zatłoczonym sklepie na osiedlu, w godzinach szczytu, a przy kasie czeka już kilkanaście osób. Nasza czytelniczka opisuje sytuacje, które – jak twierdzi – widzi niemal każdego dnia.

„Naprawdę wolę dziecko, które płacze”

Dzień dobry,

pracuję w Biedronce od kilku lat. Prywatnie jestem mamą czteroletniej córki, więc naprawdę lubię dzieci. Nie przeszkadza mi, kiedy maluch płacze, nudzi się w kolejce albo próbuje namówić rodziców na lody. To jest normalne. Dzieci po prostu są dziećmi.

Ludzie często pytają mnie, co najbardziej denerwuje pracowników sklepu. Większość jest przekonana, że odpowiem: „krzyczące dzieci”. Nie.

Naprawdę wolę dziecko, które przez chwilę płacze na cały sklep, niż rodzica, który urządza przy kasie pokazową lekcję samodzielności. Bo wtedy wiem, że za chwilę zacznie się spektakl.

„No dobrze, teraz ty zapłać. Powoli, nie śpiesz się...”

Scenariusz jest podobny. Zakupy skasowane. Za plecami kolejka. Ludzie zerkają na zegarki, ktoś nerwowo przestępuje z nogi na nogę, ktoś wzdycha. A wtedy rodzic z uśmiechem odwraca się do pięciolatka.

„No dobrze, teraz ty zapłać”.

Dziecko wyciąga malutki portfelik albo rodzic podaje mu swój. Szuka monet. Rozsypuje je. Nie może znaleźć odpowiedniej. Albo dostaje kartę i trzy razy wkłada ją odwrotnie do terminala. Rodzic spokojnie tłumaczy, poprawia, zachęca. W końcu się udaje.

I naprawdę – sama jestem mamą. Uważam, że dzieci trzeba uczyć takich rzeczy. Tylko błagam... nie o siedemnastej w najbardziej obleganym sklepie na osiedlu.

„Najgorsze jest to, że to jeszcze nie koniec”

Często myślę wtedy: uff, zapłacone. Ale nie. Bo zaraz pada kolejne zdanie: „A teraz spakuj zakupy”. Zaczyna się druga część przedstawienia.

Pięciolatek bierze reklamówkę. Najpierw długo ją otwiera. Potem próbuje włożyć chleb pod zgrzewkę wody, jogurty na pomidory, wszystko wypada, rodzic cierpliwie przekłada, tłumaczy, poprawia.

Za mną już pika kasa samoobsługowa, bo ktoś potrzebuje zatwierdzenia wieku. Na drugim końcu sklepu koleżanka woła przez słuchawkę, że potrzebuje pomocy. Kolejka rośnie, ludzie zaczynają się irytować.

A ja stoję i czekam. Bo przecież nie powiem rodzicowi: „Proszę przyspieszyć”.

„Naprawdę jest na to lepszy moment”

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek zawstydzić. Sama uczę córkę płacić i wiem, że kiedyś będzie pakowała zakupy.

Ale wybieram moment, kiedy sklep świeci pustkami albo korzystamy z kasy samoobsługowej, jeśli nie ma kolejki.

Bo samodzielność jest ważna. Tylko równie ważny jest szacunek do czasu innych ludzi.

Mam wrażenie, że część rodziców zupełnie o tym zapomina. Widzą tylko swoje dziecko i jego wielką chwilę. Nie widzą starszej pani, która ledwo stoi, mamy z niemowlakiem ani człowieka, który wpadł po pracy po kilka rzeczy i spieszy się do domu.

Naprawdę nie boimy się dzieci.

Boimy się rodziców, którzy zapominają, że sklep to nie sala do ćwiczeń, tylko miejsce, z którego korzystają też inni.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Komentarz redakcji

List naszej czytelniczki z pewnością podzieli rodziców. Trudno nie zgodzić się z tym, że nauka samodzielności jest ważna – także podczas codziennych zakupów. To właśnie w takich sytuacjach dzieci uczą się odpowiedzialności i nabierają pewności siebie.

Z drugiej strony warto pamiętać o okolicznościach. Popołudniowy szczyt w jednym z najpopularniejszych dyskontów to moment, w którym każda dodatkowa minuta oznacza dłuższą kolejkę i większe zdenerwowanie klientów. Być może rozwiązaniem jest po prostu wybór spokojniejszej pory albo sklepu, w którym nie trzeba się spieszyć. Dzięki temu dziecko nadal będzie mogło uczyć się samodzielności, ale bez frustracji innych osób czekających przy kasie.

Zobacz także: „Wysłałam męża z Leosiem na zakupy, wrócił sam z przemoczoną czapeczką. Zdążyłam tylko wykrzyczeć, gdzie jest mój syn”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...