„Przedszkolanki tylko sapią i wzdychają, że niby ciężko pracują. To czemu moje dziecko wraca w ubabranej bluzce?”
Piszę do Was, bo krew mnie zalewa za każdym razem, gdy o 15:30 otwieram drzwi sali w przedszkolu mojego syna. Zamiast radosnego, zadbanego dziecka, widzę małego człowieka, który wygląda, jakby przed chwilą przeszedł przez poligon, a nie spędził czas w placówce edukacyjnej.

Najbardziej jednak irytuje mnie to wieczne wzdychanie pań przedszkolanek, jakie to one są umęczone i jak ciężko pracują. Przepraszam bardzo, ale ja też pracuję, też mam obowiązki, a nikt mi nie płaci za siedzenie w sali pełnej zabawek!
Codziennie rano staram się, żeby mój Antoś wyglądał porządnie. Prasuję mu bluzeczki, dobieram czyste spodenki, dbam o to, żeby wychodził z domu jak spod igły. Chcę, żeby od małego uczył się estetyki i dbania o siebie.
Tymczasem to, co zastaję po południu, to po prostu kpina. Bluzka ubabrana sosem pomidorowym, na spodniach wielka plama z trawy, a w butach tyle piachu, że mogłabym sobie urządzić prywatną piaskownicę na balkonie. I kiedy patrzę na te panie, które z założonymi rękami opowiadają mi, „jaki to był ciężki dzień”, mam ochotę zapytać: to co wy właściwie robiłyście, że moje dziecko wygląda jak fleja?
Ciężka praca czy brak organizacji w grupie?
Zawsze słyszę to samo: „Proszę pani, przy dwudziestce dzieci nie da się wszystkiego dopilnować”. Naprawdę? To po co wybierały taki zawód, skoro ich to przerasta? Rozumiem, że dzieci są ruchliwe, że się bawią, ale czy założenie dziecku śliniaka do obiadu albo przypomnienie, żeby nie wycierało brudnych rąk w nową bluzkę, to jest wysiłek ponad ludzkie siły? Mam wrażenie, że dzisiejsze przedszkolanki skupiają się na wszystkim, tylko nie na rzeczywistej opiece nad dziećmi.
Kiedyś panie w przedszkolach potrafiły dopilnować, żeby dziewczynki miały poprawione warkoczyki, a chłopcy nie latali z rozwiązany butami. Dziś? Panie tylko sapią, narzekają na niskie płace i marzą o kawie w spokoju. A moje dziecko? Moje dziecko wraca w ubraniu, które po jednym dniu nadaje się tylko do wyrzucenia, bo plamy z farb plakatowych, których nikt nie raczył od razu zaprać, po prostu nie schodzą. Płacę za przedszkole, kupuję wyprawkę, a w zamian dostaję „umęczone” miny personelu i stertę prania, którego nie da się doprać.
Dziecko to nie brudny pakunek, który trzeba tylko „przetrzymać”
Najbardziej boli mnie to podejście: „brudne dziecko to szczęśliwe dziecko”. No nie, kochane panie! Brudne dziecko to dziecko, o które nikt wystarczająco nie zadbał. Jak to świadczy o placówce, kiedy rodzice odbierają dzieci z wyschniętymi resztkami jedzenia na policzkach? To jest po prostu brak elementarnej higieny i szacunku do nas, rodziców. Ja rozumiem, że praca z dziećmi bywa głośna i męcząca, ale litości − to nie jest kopalnia!
Często widzę, jak te panie stoją w kółeczku na placu zabaw i plotkują, podczas gdy dzieciaki tarzają się w błocie. Potem wchodzą do sali i zaczyna się koncert narzekania, jak to one muszą ogarniać ten chaos. Przecież to ich praca! Jeśli ja w biurze zawalę raport, nikt mnie nie pożałuje, tylko wyciągnie konsekwencje. Tutaj natomiast panuje kultura wiecznego zmęczenia. Mam wrażenie, że przedszkolanki uważają się za bohaterki narodowe tylko dlatego, że spędziły osiem godzin w kolorowej sali. A tymczasem podstawowe potrzeby dziecka, takie jak czysty wygląd i porządek wokół siebie, są spychane na margines.
Czy naprawdę wymagam zbyt wiele od personelu?
Może niektóre mamy powiedzą, że się czepiam. Że przedszkole to nie rewia mody. Ale tu nie chodzi o modę, tylko o zasady! Jeśli oddaję dziecko czyste i schludne, to mam prawo oczekiwać, że nie wróci do domu w stanie wskazującym na całkowite zaniedbanie. To buduje w dziecku złe nawyki. Antoś zaczyna myśleć, że chodzenie w poplamionej koszulce przez pół dnia to norma. A przecież przedszkole ma też wychowywać, prawda?
Chciałabym, żeby panie przedszkolanki zamiast tego wiecznego wzdychania i opowiadania o swoich trudach, wzięły się po prostu do roboty. Trochę więcej uważności przy posiłkach, chwila refleksji przed wyjściem na dwór, kiedy jest mokro i błotniście − to naprawdę nie są rzeczy niemożliwe do zrealizowania. Szanujmy swoją pracę nawzajem, ale też szanujmy mienie innych. Te ubrania kosztują, mój czas poświęcony na pranie i prasowanie też kosztuje. Zanim następnym razem któraś z pań westchnie, jak to jej ciężko, niech spojrzy na moje dziecko i zastanowi się, czy sama chciałaby tak wyglądać po kilku godzinach w pracy.
Pozdrawiam,
Ola P.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Wolę wozić córkę na balet niż uczyć obsługi mopa. Jak można wyręczać się dzieckiem w praniu i sprzątaniu?”