Reklama

Jako mama dwójki dzieciaków w wieku szkolnym mam ochotę głośno krzyknąć: ludzie, opamiętajcie się! Robicie z tych urządzeń jakiegoś demona, jakby to smartfon był winny wszystkim nieszczęściom tego świata, a zapominacie, że my sami wcale nie byliśmy lepsi.

Pamiętam swoje dzieciństwo w latach 90. Czy ja biegałam po podwórku 24 godziny na dobę? No nie! Jak tylko dorwałam się do telewizora, potrafiłam oglądać kreskówki godzinami. Moja mama też wtedy załamywała ręce, że „oczy mi wypłyną” i że „zostanę tumanem”. I co?

Wyszłam na ludzi, skończyłam studia, mam dobrą pracę i potrafię budować relacje. Dzisiejsze dzieciaki mają po prostu inne okno na świat. Smartfon to dla nich to samo, czym dla nas był telewizor, walkman i encyklopedia w jednym. Zakazywanie im tego w szkole to jak próba zawrócenia Wisły kijem.

Szkoła ma uczyć życia, a nie ucieczki przed technologią

Moim zdaniem szkoła powinna przygotowywać do rzeczywistości, która nas otacza, a nie tworzyć jakąś sztuczną enklawę bez prądu. Żyjemy w XXI wieku! W pracy moi synowie będą musieli sprawnie posługiwać się technologią, wyszukiwać informacje, selekcjonować źródła.

Zakazując im dotykania telefonu przez osiem godzin dziennie, wcale ich nie chronimy. My sprawiamy, że telefon staje się owocem zakazanym, który smakuje najlepiej pod ławką.

Zamiast konfiskować telefony do jakichś szafek czy pudełek (co swoją drogą kojarzy mi się z jakimś rygorem więziennym, a nie z przyjazną edukacją), szkoła powinna uczyć, jak z tych urządzeń korzystać mądrze. Dlaczego nauczyciel nie może powiedzieć: „Wyjmijcie telefony i sprawdźcie, jak wygląda ten proces w symulacji 3D”? Przecież to by było fascynujące!

Ale nie, lepiej kazać dzieciom patrzeć w zakurzone tablice i udawać, że świat poza oknem klasy nie istnieje. Ten zakaz to pójście na łatwiznę − łatwiej zabrać sprzęt, niż wymyślić, jak go konstruktywnie wykorzystać w czasie lekcji.

Bezpieczeństwo i kontakt z dzieckiem to podstawa

Druga sprawa, o której mało kto mówi głośno, to nasze, rodziców, poczucie bezpieczeństwa. Ja chcę mieć kontakt ze swoimi dziećmi. Chcę wiedzieć, że jeśli lekcje skończą się wcześniej albo syn źle się poczuje, to wyśle mi jednego krótkiego SMS-a.

Nie chcę za każdym razem dzwonić do sekretariatu, prosić panią sekretarkę, żeby łaskawie zawołała moje dziecko do telefonu, bo to jest stresujące dla obu stron. Żyjemy w niebezpiecznych czasach i telefon w kieszeni mojego dziecka to dla mnie gwarancja spokoju.

Argumenty o tym, że dzieci nie rozmawiają ze sobą na przerwach, bo patrzą w ekrany, też do mnie nie trafiają. Widzę moje dzieciaki z kolegami − oni siedzą obok siebie i wspólnie w coś grają, śmieją się z memów, przesyłają sobie filmiki. To jest ich forma socjalizacji! My wymienialiśmy się karteczkami z notesów albo graliśmy w gumę, oni budują światy w Minecrafcie.

Czy to naprawdę jest gorsze? To jest po prostu inne. Zmuszanie ich do patrzenia sobie w oczy przez całą przerwę nie sprawi magicznie, że staną się mistrzami retoryki. Sprawi tylko, że będą znudzeni i sfrustrowani.

Zakaz telefonów w szkołach to walka z wiatrakami

Najbardziej śmieszy mnie to przekonanie, że zakaz cokolwiek rozwiąże. Dzieci są sprytniejsze od nas. Będą chować telefony w piórnikach, w rękawach, będą korzystać z nich w toaletach. Stworzymy tylko atmosferę wzajemnej nieufności i policyjnego nadzoru.

Czy naprawdę chcemy, żeby nauczyciele, zamiast uczyć, tracili energię na śledzenie, czy komuś w kieszeni nie świeci ekran? To jest strata czasu i autorytetu pedagoga. Apeluję o odrobinę zaufania do młodych ludzi.

Skoro my wyszliśmy na ludzi mimo godzin spędzonych przed telewizorami i pierwszych gier na Pegasusie, to oni też sobie poradzą. Dajmy im żyć w ich czasach, a nie próbujmy ich na siłę wpychać w nasze wspomnienia z lat 90. Świat idzie do przodu i telefon jest jego częścią, czy nam się to podoba, czy nie.

Zamiast walczyć z telefonami, powalczmy o to, żeby szkoła była na tyle ciekawa, by dziecko samo z siebie chciało czasem ten ekran odłożyć. Ale zakazy? Zakazy to dowód na to, że jako dorośli po prostu nie mamy lepszego pomysłu na edukację.

Adrianna


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Wolę wozić córkę na balet niż uczyć obsługi mopa. Jak można wyręczać się dzieckiem w praniu i sprzątaniu?”

Reklama
Reklama
Reklama