Szanowna Redakcjo! Wszystko zaczęło się od niewinnego posta pewnej dziewczyny w grupie dla rodziców, która zapytała, jak to jest u innych: czy dziadkowie powinni przyjechać po wnuka, gdy biorą go na weekend, czy to rodzice mają obowiązek tachać malucha przez pół województwa. Kiedy weszłam w sekcję komentarzy i zobaczyłam, jak starsze panie i niektóre mamy naskoczyły na autorkę posta, zdrętwiałam. Moja własna teściowa odstawia dokładnie taki sam cyrk.
WIDEO…
Babcia co tydzień dzwoni i opowiada, jak to potwornie tęskni za 4-letnim Miłoszkiem. Mówi, że chętnie weźmie go na sobotę i niedzielę do siebie. Super, prawda?
Opieka dziadków nad wnukami − kto odpowiada za transport dziecka?
Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a konkretnie w dowozie. Teściowie mieszkają czterdzieści kilometrów od nas. Kiedy mówię, że super, niech wpadają po małego w piątek po południu, to nagle zaczyna się cała litania narzekań. A to, że im się nie opłaca jechać w tę i z powrotem, a to, że benzyna droga, a to, że przecież my mamy młode oczy i to my powinniśmy Miłoszka przywieźć i jeszcze w niedzielę wieczorem odebrać. No na litość boską, ręce opadają.
My z mężem ciężko harujemy na etatach przez cały tydzień. W piątek o godzinie 17:00 jedyne, o czym marzę, to zrzucić szpilki, usiąść na kanapie i nie oglądać korków na trasie. Zamiast tego mam pakować młodego, wsiadać za kółko i tłuc się godzinę w jedną stronę, żeby zrobić teściom przyjemność. Dla mnie opieka dziadków nad wnukami w weekend to ma być też chwila oddechu dla zmęczonych rodziców, a nie kolejny logistyczny koszmar do odhaczenia na liście zadań.
Czas wolny dziadków na emeryturze − dlaczego rodzice mieliby dowozić dzieci?
Najbardziej rozwala mnie ten brak logiki u starszego pokolenia. Moi teściowie są od pięciu lat na emeryturze. Ich jedynym obowiązkiem w ciągu dnia jest podlanie pomidorów na działce i obejrzenie wieczornych wiadomości. Mają sprawne, nowoczesne auto, które większość tygodnia stoi bezczynnie pod domem i niszczeje. Dlaczego więc człowiek, który ma do dyspozycji bite dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie może wsiąść w ten swój samochód, przyjechać po ukochanego wnuczka i ułatwić życia swoim własnym dzieciom?
Dzisiejsi dziadkowie stali się potwornie wygodni. Chcą spijać samą śmietankę z rodzicielstwa − pobawić się z czystym, najedzonym dzieckiem przez parę godzin, zrobić ładne zdjęcia, a cały trud, koszty paliwa i zarywanie weekendowych poranków zrzucić na nas. Kiedy napisałam to szczerze na Facebooku, starsze panie w komentarzach mało mnie nie rozszarpały. Usłyszałam, że jestem niewdzięczna, roszczeniowa, i że powinnam całować teściową po rękach, że w ogóle chce spojrzeć na mojego syna. No przepraszam bardzo, ale to chyba działa w dwie strony.
Konflikt o opiekowanie się wnukiem − jak wyznaczyć granice dziadkom?
W zeszły piątek postanowiłam postawić sprawę asertywnie i wyznaczyć jasne granice. Kiedy teściowa zadzwoniła z pytaniem, o której przywieziemy Miłosza, odpowiedziałam spokojnie, że dzisiaj jesteśmy z mężem wykończeni i nie damy rady przyjechać. Powiedziałam wprost: jeśli chcecie spędzić weekend z wnukiem, zapraszamy, wpadajcie po niego, kluczyki od auta macie, bak pełny. W słuchawce zapadła lodowata cisza, a potem usłyszałam, że jestem bezczelna i skoro tak stawiam sprawę, to oni zostają w domu, a ja pozbawiam dziecko kontaktu z dziadkami.
Skończyło się na tym, że Miłosz został z nami, a teściowa nie odzywa się do mnie do teraz. Mój mąż oczywiście twierdzi, że przesadzam i powinnam dla świętego spokoju te czterdzieści kilometrów przejechać, żeby nie robić kłótni w rodzinie. Ale ja mam już dość tego wiecznego uginania się pod żądaniami starszego pokolenia.
Uważam, że dziadkowie, którzy mają auto i masę czasu, sami powinni przyjechać i potem odwieźć wnuka po weekendzie. To nie jest roszczeniowość, tylko normalny, zdrowy szacunek dla naszego czasu i zmęczenia.
Maria
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Dziadkowie powinni zabrać dzieci na całe wakacje? „To ich obowiązek. Przecież i tak nie pracują”