„Głupie zasady synowej psują mi wnuczkę. Gdybym to ja zajmowała się Majeczką, byłaby złotym dzieckiem”
Piszę do Was z ciężkim sercem i rękami, które aż świerzbią, żeby wziąć się za porządne wychowanie mojej jedynej wnuczki, Majeczki. Patrzę na to, co wyprawia moja synowa, i po prostu chce mi się płakać − nie z żalu nad sobą, ale nad tym dzieckiem, które na moich oczach wyrasta na kogoś, kto nie zna słowa „nie”.

Moja Droga Redakcjo! Widzę, jak moja synowa, młoda kobieta, naczytawszy się mądrych książek w internecie, niszczy charakter mojej wnuczki tym całym „bezstresowym wychowaniem”, a mój syn, niestety, tylko na to patrzy i potakuje.
Kiedy ja wychowywałam swoje dzieci, świat był inny, ale ludzie byli lepsi, bardziej poukładani i szanowali starszych. Teraz wszystko jest postawione na głowie. Majeczka ma cztery lata, a rządzi całym domem jak mały generał, a jej mama, zamiast postawić jasną granicę, tylko klęka przed nią i pyta: „Maju, czy czujesz teraz frustrację?”. No litości! Jak ja słyszę te nowoczesne terminy, to mi się coś w kieszeni otwiera.
Gdyby Majeczka trafiła pod moje skrzydła na choćby miesiąc, zapewniam Was, że byłaby złotym dzieckiem, z którego wszyscy byliby dumni.
Bezstresowe wychowanie, czyli jak wychować małego dyktatora?
Najbardziej boli mnie to, że u synowej nie ma żadnej dyscypliny, tylko wieczne negocjacje. Ostatnio, gdy byli u mnie na obiedzie, Maja zaczęła rzucać ziemniakami o ścianę, bo... kolor jej nie pasował. I co zrobiła synowa? Zamiast kazać jej natychmiast posprzątać, zaczęła jej tłumaczyć spokojnym głosem, że „ją rozumie”. Myślałam, że spadnę z krzesła! U mnie w domu, gdyby syn tak zrobił, poszedłby do kąta w sekundę i nie byłoby dyskusji, dopóki by nie przeprosił.
Przez te głupie zasady dziecko nie wie, co to autorytet. Maja potrafi przerwać dorosłemu w pół zdania, krzyczeć, kiedy chce uwagi, a synowa jeszcze ją za to chwali, że taka jest asertywna. To nie jest asertywność, to jest zwykły brak wychowania i chamstwo, którego nikt nie koryguje. Dziecko potrzebuje ramy, potrzebuje wiedzieć, gdzie kończy się jego wolność, a zaczyna wolność drugiego człowieka.
Synowa twierdzi, że kary niszczą psychikę, a ja uważam, że ich brak niszczy życie − bo kto polubi taką dorosłą kobietę, która myśli, że wszystko jej się należy?
Moje staromodne metody to lekarstwo na dzisiejszy chaos
Gdybym to ja zajmowała się Majeczką każdego dnia, nauczyłabym ją przede wszystkim posłuszeństwa i pracowitości. U mnie nie byłoby siedzenia przed tabletem, bo mama chce mieć święty spokój. Dziecko powinno pomagać w domu − zetrzeć kurze, poukładać buty, podlać kwiatki. To uczy odpowiedzialności.
Moja wnuczka u mnie musiałaby zjeść to, co jest na talerzu, bez grymaszenia i wymyślania. Dzisiaj dzieci są tak rozpuszczone, że jedzą tylko to, co kolorowe i słodkie, a synowa jeszcze lata za nią z widelcem i prosi o jeden kęs.
Moja metoda była prosta: szacunek, porządek i nagroda tylko za dobre sprawowanie. Za moich czasów jak dziecko nabroiło, to wiedziało, że będzie kara − i to uczyło myślenia o konsekwencjach. Teraz synowa mówi, że „dziecko ma prawo do błędów”. Oczywiście, że ma, ale ma też obowiązek naprawienia tego błędu!
Gdyby Maja stłukła u mnie wazon, musiałaby oddać pieniądze ze skarbonki albo przez tydzień nie dostałaby deseru. Tylko tak można wychować kogoś, kto w dorosłym życiu poradzi sobie z problemami, a nie rozpadnie się przy pierwszej trudności.
Synowa zepsuje dziecko, a ja będę musiała na to patrzeć
Najbardziej boję się tego, co będzie za dziesięć lat. Już teraz widzę, że Maja nie potrafi znieść odmowy. Kiedy w sklepie synowa nie kupiła jej kolejnego jajka z niespodzianką, mała położyła się na podłodze i zaczęła kopać w regał. I co zrobiła ta nowoczesna matka? Przytuliła ją i powiedziała, że „trudne emocje muszą wyjść”. Gdybym to ja decydowała, wyprowadziłabym ją ze sklepu za rękę bez słowa i przez następny tydzień nie byłoby mowy o żadnych zabawkach.
Obawiam się, że to całe nowoczesne wychowanie to tylko wymówka dla leniwych rodziców, którym nie chce się walczyć z charakterem dziecka. Łatwiej jest pozwolić na wszystko i nazwać to wolnością, niż konsekwentnie pilnować zasad. Moja synowa uważa mnie za dinozaura, mówi, że czasy się zmieniły. Może i się zmieniły, ale serce człowieka i jego egoizm są takie same od wieków.
Bez dyscypliny i zimnego chowu Majeczka wyrośnie na nieszczęśliwą osobę, która nie będzie potrafiła żyć w społeczeństwie. Tak bardzo chciałabym, żeby synowa choć raz mnie posłuchała, zamiast tylko zaglądać do tych swoich internetów.
Pozdrawiam wszystkie babcie, które widzą to samo co ja,
Maria
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Bez wstydu, obwiniania i karania: 7 podstawowych zasad łagodnego rodzicielstwa