Reklama

Szanowna Redakcjo, piszę do Was z sercem przepełnionym głębokim smutkiem i autentycznym przerażeniem po tym, co zobaczyłam podczas mojego niedzielnego spaceru w miejskim parku. Stałam się świadkiem sytuacji, która idealnie podsumowuje dramat współczesnych rodzin, gdzie dorośli stali się bezwolnymi pionkami, a światem rządzi pokolenie dzieci-krzykaczy, którym wolno absolutnie wszystko.

Jako matka, która wychowała dwoje dzieci, i babcia trójki wspaniałych wnuków, doskonale wiem, że maluchy mają swoje humory, gorsze dni i prawo do płaczu. Jednak to, co wyprawia się obecnie na placach zabaw i w alejkach parkowych pod okiem uśmiechniętych, bezradnych rodziców, nie ma nic wspólnego z miłością, a jest po prostu pokazem totalnej życiowej nieudolności dorosłych.

Scena, którą zaobserwowałam przy parkowej fontannie, do teraz spędza mi sen z powiek, bo pokazała mi jak na dłoni, że współcześni rodzice panicznie boją się własnych dzieci i wolą znosić publiczne upokorzenie, byle tylko nie naruszyć delikatnej psychiki małego tyrana.

Agresywny wybuch przy fontannie i bezradność dorosłych

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie w słoneczne popołudnie, kiedy obok mojej ławki zatrzymało się małżeństwo z chłopcem, na oko sześcioletnim, który od pierwszej sekundy wymuszał na nich pełną uwagę wrzaskiem i tupaniem. Kiedy ojciec odmówił mu kupna kolejnego balona z helem, tłumacząc spokojnie, że przecież jeden już jest w samochodzie, w dziecku obudziła się najprawdziwsza furia. Chłopak zaczął wrzeszczeć na cały regulator, uderzać hulajnogą w nogi własnej matki i rzucać kamieniami prosto w wodę, gdzie pływały kaczki.

Najbardziej wstrząsające nie było jednak zachowanie tego małego krzykacza, ale absolutnie bierna i upokarzająca postawa jego rodziców, którzy zamiast stanowczo przerwać ten pokaz dzikości, zaczęli chłopca... przepraszać. Matka przykucnęła przed nim i niemal ze łzami w oczach błagała: „Tymonku, kochanie, uspokój się, kupimy tego balonika, tylko przestań kopać mamusię, bo to boli”.

Ojciec stał obok zrezygnowany, czerwony ze wstydu, patrząc w ziemię i udając przed przechodniami, że sytuacja jest pod pełną kontrolą. Chłopiec w odpowiedzi na te błagalne prośby po prostu napluł matce na buty, a ona jedynie poprawiła mu czapeczkę i wyjęła portfel, żeby spełnić jego zachciankę − to był przerażający pokaz wychowawczej kapitulacji, który mną głęboko wstrząsnął.

Bezstresowe wychowanie tworzy ludzi bez empatii i szacunku

Patrzyłam na tę scenę i czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach, bo przypomniałam sobie, jak w moich czasach budowało się autorytet i szacunek do drugiego człowieka. U nas w domu słowo „nie” znaczyło „nie”, a dziecko od najmłodszych lat wiedziało, że w miejscach publicznych obowiązują żelazne zasady kultury i liczy się też komfort innych ludzi wokół. Dzisiejsi rodzice-pionki, omamieni nowoczesnymi teoriami o dawaniu dziecku pełnej swobody, hodują egoistów, którzy w przyszłości zderzą się z brutalną rzeczywistością.

Dziecko, które bije matkę po rękach, pluje na jej buty i wymusza prezenty agresywnym krzykiem w parku, nie uczy się wolności − ono uczy się tego, że przemoc i wrzask to najskuteczniejsze narzędzia do zarządzania dorosłymi. Ci rodzice w imię świętego spokoju oddali ster władzy w domu sześcioletniemu dziecku, które nie ma jeszcze emocjonalnych narzędzi, by udźwignąć taką odpowiedzialność, przez co staje się lękliwe i jeszcze bardziej agresywne. To nie jest miłość rodzicielska, to jest czyste lenistwo i tchórzostwo przed postawieniem twardej, bezpiecznej granicy, która uratowałaby tego chłopca przed staniem się życiową niedojdą.

Gdzie podział się szacunek do starszych i autorytet rodzica?

Kiedyś rodzina była zespołem, w którym dorosły był przewodnikiem, drogowskazem i bezpieczną ścianą, o którą młody człowiek mógł się oprzeć w chwilach zagubienia. Dzisiaj rodzice wolą być kumplami swoich dzieci, boją się ich łez, boją się tupnięcia nogą i w ten sposób całkowicie eliminują szacunek do samych siebie oraz do starszych pokoleń.

Kiedy tam w parku podeszłam delikatnie do tej matki i powiedziałam, że może warto wyprowadzić syna z tłumu, żeby ochłonął, usłyszałam od jej męża surowe: „Proszę się nie wtrącać, syn musi wyrazić swoje naturalne emocje”. Wyrażać emocje kosztem kopania matki i terroryzowania całego parku? To jest jakaś chora, wypaczona definicja nowoczesności, która prowadzi nas prosto w społeczną przepaść.

My, babcie, patrzymy na to pokolenie krzykaczy z ogromną trwogą o ich przyszłość. Kochajcie swoje dzieci mądrze, ale pamiętajcie, że mądra miłość to także odwaga do powiedzenia „nie”, to umiejętność przetrwania dziecięcego focha bez ulegania i kupowania spokoju za cenę własnej godności. Nie bądźcie nieudolni, bo Wasze dzieci potrzebują rodziców o silnym kręgosłupie, a nie bezradnych wykonawców ich najmniejszych, kapryśnych zachcianek.

Babcia Gabriela


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Jestem po 70-tce, a córka chciała zagonić mnie do niańczenia dzieci. Dobrze, że mam jeszcze syna, który mnie wspiera”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...