Reklama

Wczoraj wieczorem przeżyłam tak potwornie wstydliwą sytuację w restauracji, że do teraz trzęsą mi się ręce, a wszystko przez tutejsze dziwne zwyczaje. Nie miałam pojęcia, dlaczego kelner pyta moją córkę o numer pokoju, i przez swoją niewiedzę zrobiłam z siebie kompletną idiotkę przy pełnej sali ludzi.

Czego chciał ten kelner?

Żebyście dobrze zrozumiały mój szok − myśleliśmy, że skoro mamy all inclusive, to wszystko w tym hotelu jest darmowe i nikt o nic nie pyta. Wczoraj po całym dniu leżenia na plaży poszliśmy na elegancką kolację. Hania bardzo chciała spróbować świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, który stał na specjalnym wózku przy barze, a nie w głównych dyspenserach z darmowymi napojami gazowanymi. Puściłam ją samą, bo bar był zaledwie kilka metrów od naszego stolika. Widziałam, jak podchodzi do lady, prosi o sok, a wtedy kelner, młody Grek, kucnął przy niej i zaczął o coś dopytywać po angielsku. Hania spojrzała na nas zdezorientowana, a ja z daleka usłyszałam, jak mężczyzna powtarza wyraźnie słowa: room number.

W tamtym ułamku sekundy poczułam się nieswojo. Dlaczego obcy facet wypytuje moje małe dziecko o to, w którym pokoju śpimy? Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Zerwałam się z krzesła jak oparzona, o mało nie przewracając stolika, i z krzykiem dopadłam do baru. Zaczęłam machać rękami i łamanym angielskim awanturować się, że nie pozwalam na nagabywanie mojego dziecka, że wszystko jest zapłacone i ma natychmiast wydać ten sok bez żadnych głupich pytań.

Miałam ochotę uciekać stamtąd z płaczem

W restauracji natychmiast zapadła cisza. Wszyscy goście, w tym mnóstwo Polaków, odwrócili się w naszą stronę, gapiąc się na mnie jak na wariatkę. Kelner patrzył na mnie z absolutnym osłupieniem, a potem z wielkim spokojem zawołał managera sali. Dopiero wtedy, przy wszystkich, całe to gigantyczne i upokarzające nieporozumienie zostało wyjaśnione. Prawda sprawiła, że miałam ochotę uciec stamtąd z płaczem.

Okazało się, że świeże soki, napoje z procentami oraz luksusowe desery z wózka nie wchodziły w skład naszego standardowego pakietu, o czym kompletnie nie wiedziałam. Kelner pytał Hanię o numer pokoju wyłącznie po to, żeby dopisać ten sok do rachunku na nasz pokój, abyśmy mogli uregulować należność przy wymeldowaniu w recepcji. To jest tam standardowa, rutynowa procedura, która chroni ich przed pomyłkami, a ja przez swoją niewiedzę i brak obycia w luksusach zrobiłam chamską awanturę o nic. Manager z uśmiechem wytłumaczył mi, że to normalne zwyczaje, ale ja widziałam te pełne politowania spojrzenia innych turystów, którzy szeptali między sobą, że polska patologia znowu robi dym w kurorcie.

Czułam się, jakbym wyszła z lasu

Wróciłam do stolika czerwona jak burak. Przez resztę wieczoru nie przełknęłam już ani kęsa, a mąż patrzył na mnie z wyrzutem, że tak daliśmy się podejść. Mój pierwszy wyjazd za granicę zamienił się w mój osobisty, życiowy koszmar. Czuję się jak najgorsza, prowincjonalna baba, która wyszła z lasu i nie potrafi zachować się w cywilizowanym miejscu. Hania była wystraszona moją reakcją, a ja do teraz mam ochotę siedzieć zamknięta w pokoju do końca turnusu i zamawiać jedzenie przez room service, żeby tylko nie spotkać tamtego kelnera na sali.

Uprzedzam więc, zanim polecicie do Grecji czy Egiptu, przeczytajcie dokładnie regulamin hotelu albo podpytajcie znajomych, jak to wszystko działa na miejscu. Nie bądźcie takie jak ja, nie reagujcie agresją i krzykiem tam, gdzie wystarczy zwykły spokój i uśmiech, bo brak wiedzy potrafi potwornie upokorzyć i zepsuć nawet najwspanialszy, wyczekany urlop życia.

Kinga


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Dzieci wróciły od dziadków odmienione. Opowieści o zwyczajach teścia mnie zmroziły: codziennie o 18 wyjmował czerwony notes”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...