Reklama

Niektóre rodzinne zwyczaje potrafią budzić skrajne emocje. To, co dla jednych jest nauką odpowiedzialności, inni odbierają jako niepotrzebną musztrę. Taką historię opisała w liście do naszej redakcji jedna z naszych czytelniczek. Jej dzieci spędziły część wakacji u dziadków i wróciły z zupełnie nowymi nawykami. Problem w tym, że za tymi zmianami stoi metoda, której sama nigdy nie zaakceptowałaby we własnym domu.

„O 18 wyciągał czerwony notes. Myślałam, że dzieci żartują”

Szanowna Redakcjo,

muszę się komuś wygadać, bo sama już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

Moje dzieci, 8 i 10 lat, spędziły dwa tygodnie u dziadków. To nie pierwszy raz, więc nie spodziewałam się żadnych niespodzianek. Owszem, wiedziałam, że teść jest człowiekiem starej daty. Wszystko musi być poukładane, punktualne i zrobione „jak należy”. Ale dopiero teraz dzieci opowiedziały mi, jak naprawdę wyglądały tamte dni.

Przez cały pobyt dzieci ani razu nie wspomniały o tym, co działo się każdego popołudnia. Teść też słowem się nie zająknął. Dopiero kilka dni po powrocie córka się wygadała. Zapytałam o szczegóły. Dzieci spojrzały po sobie, jakby zastanawiały się, czy w ogóle powinny o tym opowiadać.

Okazało się, że codziennie punktualnie o 18 teść siadał przy stole i wyjmował mały czerwony notes. Dosłownie. Czerwony zeszycik, w którym miał rozpisane obowiązki na każdy dzień. Potem po kolei odczytywał: łóżko pościelone? Pokój posprzątany? Brudne ubrania wrzucone do kosza? Naczynia po śniadaniu odniesione? Podlane pomidory? Nakarmiony pies?

Dzieci mówiły „tak” albo „nie”, a on stawiał przy każdym punkcie znaczek.

Przyznam szczerze, że aż mnie zmroziło. Pomyślałam sobie: serio? Wakacje i takie wojskowe klimaty?

„Miałam pretensje do teścia. A potem wydarzyło się coś dziwnego”

Byłam zła. Nawet powiedziałam mężowi, że jego ojciec przesadza i że dzieci powinny odpoczywać, a nie być rozliczane z każdej drobnej rzeczy.

Ale później wróciliśmy do normalnego życia i zaczęłam zauważać coś, czego kompletnie się nie spodziewałam: moja córka rano sama ścieli łóżko. Bez przypominania. Syn po obiedzie bierze swój talerz i wkłada go do zmywarki.

Oboje zaczęli odkładać buty na miejsce, wrzucać brudne ubrania do kosza i sprzątać po sobie biurko. Co najdziwniejsze – nikt im o tym nie przypomina. Do tej pory każde takie polecenie kończyło się pięcioma prośbami, obrażaniem się albo negocjacjami. A teraz po prostu to robią.

„Nie podoba mi się jego metoda. Ale może problem jest gdzie indziej?”

Nie ukrywam, że mam z tym ogromny problem. Nadal uważam, że ten czerwony notes to przesada. Nie wyobrażam sobie codziennych odpraw i odhaczania wykonanych zadań jak w wojsku. Dzieciństwo nie powinno tak wyglądać.

Ale z drugiej strony... patrzę na swoje dzieci i widzę, że stały się bardziej samodzielne przez dwa tygodnie niż przez ostatnie dwa lata.

Wtedy przyszła do mnie bardzo niewygodna myśl: może to nie teść przesadza? Może to ja za bardzo odpuszczałam? Może przez ciągłe wyręczanie, przypominanie i robienie wszystkiego za dzieci sama wychowałam je na mało samodzielne.

Nie zamierzam kupować czerwonego notesu ani urządzać codziennych odpraw o osiemnastej. Ale pierwszy raz od dawna zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie mylimy bycia dobrym rodzicem z robieniem za dzieci wszystkiego.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, ale chyba muszę przyznać, że w tej staromodnej metodzie mojego teścia jest coś, co działa.

Komentarz redakcji

Historia naszej czytelniczki pokazuje, że między zdrową dyscypliną a przesadną kontrolą bywa bardzo cienka granica. Trudno jednoznacznie pochwalić metodę dziadka, który rozlicza wnuki z obowiązków przy pomocy notesu. Z drugiej strony trudno też nie zauważyć efektów. Dzieci wróciły bardziej samodzielne, odpowiedzialne i zaczęły wykonywać codzienne obowiązki bez przypominania.

Być może nie chodzi więc o sam czerwony notes, ale o konsekwencję. Wielu rodziców przyznaje, że w codziennym pośpiechu łatwiej zrobić coś za dziecko, niż cierpliwie uczyć je samodzielności. Ta historia pokazuje, że czasem warto zatrzymać się i zadać sobie pytanie, czy pomagając dzieciom, nie odbieramy im okazji do nauczenia się odpowiedzialności.

Zobacz także: Dziadkowie powinni zabrać dzieci na całe wakacje? „To ich obowiązek. Przecież i tak nie pracują”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...