„Wstyd na all inclusive z teściami. Przy szwedzkim stole babcia wcisnęła mojej Julci do rąk reklamówkę. Biedne dziecko”
Wiem, że moi teściowie to prości, skromni ludzie z małego miasteczka. Przez całe życie ciężko pracowali i po prostu są potwornie nieobyci w świecie. Rozumiem to, nie wymagam od nich znajomości pięciu języków ani dworskich manier. Ale to, co teściowa odstawiła wczoraj podczas obiadu z nami i naszą córeczką, przekroczyło wszelkie granice dobrego smaku.

Wszystko zaczęło się w porze lunchu. Hotelowa restauracja jest naprawdę elegancka, kelnerzy w białych koszulach kręcą się między stolikami, a jedzenia na bufecie jest po prostu zatrzęsienie. Od początku wyjazdu widziałam, że teściowa patrzy na te sterty owoców, ciast i mięs z takim niedowierzaniem, jakby trafiła do jakiegoś raju. Niestety, wczoraj ta oszczędna mentalność podpowiedziała jej najgorszy z możliwych pomysłów.
„Teściowa wcisnęła wnuczce reklamówkę. Myślałam, że spalę się ze wstydu”
Stałam kawałek dalej przy stoisku z sałatkami, gdy nagle zauważyłam, że przy szwedzkim stole z deserami babcia wcisnęła mojej Julci do rąk wielką, foliową reklamówkę jednorazówkę, którą potajemnie wyciągnęła z kieszeni. Zamarłam. Zanim zdążyłam podbiec i zareagować, teściowa zaczęła głośno instruować moją córkę, żeby pakowała do tej torby brzoskwiniowe drożdżówki, banany i całe garście pakowanych ciastek.
Biedne dziecko, zupełnie zdezorientowane, zaczęło te łakocie upychać do folii, myśląc, że robi coś dobrego. W tym samym momencie nad ich głowami wyrósł manager restauracji z kamienną, surową twarzą.
Wynoszenie jedzenia z restauracji − publiczne upokorzenie w kurorcie
Poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy. Manager podszedł do mojej córki, delikatnie, ale stanowczo położył dłoń na reklamówce i posługując się nienagannym angielskim, zakomunikował teściowej, że wynoszenie jedzenia z sali jest surowo zakazane w regulaminie hotelu. Powiedział, że formuła all inclusive oznacza jedzenie bez limitu, ale wyłącznie na terenie restauracji.
Teściowa oczywiście nic nie zrozumiała, zaczęła machać rękami i głośno krzyczeć po polsku, że przecież za to jest zapłacone, że co ich to obchodzi, i że wnuczka zje sobie później na plaży. Ludzie z okolicznych stolików przerwali jedzenie i zaczęli ostentacyjnie kręcić głowami, patrząc na nas jak na jakąś dzicz. Moja Julcia zaczęła płakać i upuściła tę nieszczęsną reklamówkę na podłogę, a ciastka rozsypały się pod nogi managera. Podbiegłam tam, czerwona jak burak, przeprosiłam obsługę tysiąc razy i dosłownie siłą wyciągnęłam zapłakane dziecko i naburmuszoną teściową z sali.
„Nie pozwolę uczyć dziecka złych manier”
W pokoju wybuchła potężna awantura. Mój mąż zaczął bronić swojej matki, mówiąc, że przecież ona nie chciała źle, że u nich w domu nic nie może się zmarnować i po prostu nie zna hotelowych obyczajów. Ale ja nie zamierzam udawać, że nic się nie stało. Nigdy w życiu nie pozwolę na uczenie mojego dziecka takich złych manier. Julka ma siedem lat, chłonie wszystko jak gąbka i teraz myśli, że kradzież ciastek do torby to coś normalnego.
Zdaję sobie sprawę, że teściowie po prostu są nieobyci i to ich pierwsze wielkie wakacje, ale to nie zwalnia z myślenia i słuchania próśb. Przed wyjazdem wyraźnie tłumaczyłam im zasady, mówiłam, że na plaży są darmowe snack bary i nikt nie umrze z głodu między posiłkami. Czuję się po prostu potwornie skompromitowana, a najgorsze, że zafundowaliśmy coś takiego własnemu dziecku. Julcia teraz boi się w ogóle schodzić na posiłki, żeby znowu jakiś pan na nią nie nakrzyczał. Co mam teraz zrobić? Przemęczyć się jakoś do końca tego turnusu i udawać, że wszystko jest super, czy kazać teściowej siedzieć w pokoju podczas posiłków? Doradźcie coś, bo ta sytuacja wyprowadził mnie z równowagi.