Żenująca scena na szlaku do Morskiego Oka: po matce aż spływał pot. „Pokolenie książąt w pełnej krasie”
Droga Redakcjo Mamotoja, piszę do Was ten list na gorąco, bo chociaż od naszego powrotu z Zakopanego minęły już dwa dni, to we mnie nadal wszystko gotuje się z oburzenia. To, co zobaczyłam na własne oczy podczas naszej rodzinnej wycieczki w Tatry, po prostu zwaliło mnie z nóg.

Mam na imię Karolina, jestem mamą 7-letniego Bartka i razem z mężem staramy się od małego uczyć syna samodzielności i miłości do aktywnego wypoczynku. W zeszłą środę wybraliśmy się na kultowy szlak z Palenicy Białczańskiej nad Morskie Oko. Pogoda była piękna, słońce paliło, a droga, jak każdy wie, prowadzi stale pod górę i potrafi dać w kość nawet dorosłemu. Niestety, zamiast cieszyć się pięknymi widokami, odczułam tam potworny niesmak.
Sytuacja była tak absurdalna, że ludzie wokół po prostu zatrzymywali się i szeptali między sobą, kręcąc z politowaniem głowami. Pewna kobieta pchała przed sobą pod górę klasyczny wózek spacerowy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pasażer, który w nim siedział.
Duże dziecko w wózku − do jakiego wieku pozwalać na spacerówkę?
W głębokim siedzisku wózka, z nogami zwisającymi niemal do samej ziemi i ugiętymi w kolanach, siedział chłopak na oko mający 8, a może nawet 9 lat. To nie był żaden schorowany maluch, tylko wielki, zdrowy, silny chłopak, który gabarytowo ledwo mieścił się w tym stelażu. W dłoniach trzymał telefon komórkowy, na nosie miał modne okulary przeciwsłoneczne i z absolutnie obojętną miną klikał coś na ekranie, podczas gdy jego matka niemal mdlała z wysiłku.
Ta kobieta była bordowa na twarzy, koszulkę miała dosłownie całą mokrą od potu, a jej oddech słychać było chyba z odległości kilkunastu metrów. Pchała ten gigantyczny ciężar pod górę ostatkiem sił, a jej synek nawet na sekundę nie oderwał wzroku od gry, żeby zapytać, czy może ma mamie jakoś pomóc albo chociaż przejść parę metrów na własnych nogach. Słuchałam tego jej sapania i nie wierzyłam własnym oczom. Przecież to jest szczyt i jakieś kompletnie chore wyręczanie dziecka przez nadgorliwą matkę. Dziewięciolatek ma już na tyle wykształcone mięśnie i kondycję, że bez problemu potrafi przejść te kilka kilometrów po idealnie asfaltowej drodze.
W tym samym czasie mój 7-letni synek maszerował dziarsko obok nas z małym plecakiem i nie marudził, bo wiedział, że w góry idzie się po to, żeby chodzić.
Wychowanie dzieci w dzisiejszych czasach − jak hodujemy niedorajdy życiowe
W pewnym momencie wózek zaklinował się na jakimś małym kamieniu na asfalcie. Matka szarpnęła nim raz i drugi, mało się nie przewracając. Chłopak w środku tylko fuknął z niezadowoleniem, przewrócił oczami i rzucił w stronę matki pełne pretensji zdanie, że mogłaby jechać ostrożniej, bo przez nią przegrał kolejny poziom w grze. Myślałam, że ta kobieta go ustawi do pionu, każe mu natychmiast wysiąść i iść na piechotę. Ale na litość boską, jakże mocno się pomyliłam!
Ona zaczęła go jeszcze przepraszać, poprawiła mu daszek od słońca i podała chłodny napój z rurką, żeby tylko królewicz się nie denerwował. Słuchałam tego i czułam, jak krew uderza mi do głowy. Przecież to jest jakieś hodowanie życiowych niedorajd, które za kilka lat nie będą potrafiły zrobić wokół siebie absolutnie nic. Jak ten młody człowiek ma w przyszłości poradzić sobie z jakimkolwiek wysiłkiem, z trudnościami w szkole czy w pracy, skoro od małego uczy się go, że jego jedynym zadaniem jest leżeć, pachnieć i zbierać owoce ciężkiej pracy zlanej potem matki?
Jak uczyć dziecko samodzielności i wyznaczać granice?
Najgorsze jest to, że tacy rodzice uważają swoje zachowanie za przejaw wielkiej, bezgranicznej miłości. Są przekonani, że chronią dziecko przed zmęczeniem, a tak naprawdę robią mu potworną niedźwiedzią przysługę. Górska turystyka z dzieckiem powinna być nauką pokonywania własnych słabości, hartowaniem charakteru i łapaniem kontaktu z naturą, a nie bezmyślnym dowożeniem leniwego nastolatka pod same drzwi schroniska.
Przez takie podejście dzisiejsza młodzież nie ma szacunku do starszych, do ich pracy i wysiłku. Ta zlana potem matka pchała ten wózek z miną męczennicy, a jej syn traktował ją jak darmowego tragarza. Co o tym myślicie, drogie czytelniczki? Czy Waszym zdaniem to ja jestem staroświecka, a duże dziecko w wózku spacerowym na szlaku w Tatrach to dzisiaj normalny objaw troski rodzicielskiej? Jak dla mnie to była skrajna kompromitacja, która idealnie pokazuje, dokąd zmierza współczesne bezstresowe wychowanie.
Pozdrawiam serdecznie całą Redakcję Mamotoja,
Karolina
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Pierwszego dnia obozu syn zadzwonił z płaczem. Wychowawcom powiem jedno: dziękuję”