Reklama

Obserwujemy dziś spektakularny upadek „królów PRL-u”. Mowa o imionach, które kiedyś stanowiły fundament naszej tożsamości, a dziś kojarzą się wyłącznie z memami, starszymi panami z wąsem i czasami, o których wielu chce zapomnieć.

Na samym szczycie tej listy znajduje się on − Andrzej. Imię, które nosili królowie, święci i prezydenci, a które dzisiaj stało się dla młodych pokoleń niemalże imieniem zakazanym. Dlaczego tak się stało, że imię oznaczające mężnego i dzielnego stało się w oczach współczesnych mam synonimem braku gustu?

Złota era Andrzeja, czyli jak imię zdominowało polskie podwórka

Aby zrozumieć dzisiejszą niechęć, musimy przenieść się do lat 50., 60. i 70. ubiegłego wieku. Wtedy Andrzej nie był po prostu imieniem − był standardem. Na każdym piętrze bloku z wielkiej płyty mieszkał przynajmniej jeden Jędrek, a Andrzejki były najważniejszą imprezą w kalendarzu, zaraz po Bożym Narodzeniu.

Rodzice wybierali je masowo, bo brzmiało solidnie, swojsko, a jednocześnie miało w sobie pewien europejski sznyt. Andrzej to przecież imię apostoła, które niosło ze sobą obietnicę stabilizacji i siły charakteru. W tamtych czasach nikt nie zastanawiał się nad unikalnością; liczyło się to, by imię było porządne.

Andrzejowie z tamtych lat to dziś nasi ojcowie i dziadkowie. To pokolenie, które budowało Polskę, przechodziło przez mroki stanu wojennego i świętowało odzyskanie wolności. To właśnie ta wszechobecność stała się jednak pierwszym gwoździem do trumny popularności tego imienia. Statystyka bywa bezlitosna − jeśli co trzeci mężczyzna w twoim otoczeniu ma tak samo na imię, to w pewnym momencie następuje przesyt. Młodzi rodzice z przełomu wieków, szukając tożsamości dla swoich dzieci, chcieli odciąć się od szarości PRL-u.

Andrzej zaczął kojarzyć się z kolejką po mięso, zapachem tytoniu i niedzielnymi obiadami u teściów, a nie z nowoczesnym, dynamicznym światem, do którego aspirowaliśmy. Imię stało się ofiarą własnego sukcesu − było zbyt popularne, by mogło pozostać modne.

Kulturowy upadek i moc internetowych memów

To, co zaczęło się jako naturalne znudzenie imieniem, w ostatniej dekadzie przybrało formę brutalnej weryfikacji przez popkulturę. Internet nie zna litości, a Andrzej − obok Janusza i Grażyny − stał się jednym z głównych bohaterów polskich memów. Nagle imię, które nosił Andrzej Kmicic, zaczęło być używane w kontekstach prześmiewczych, obrazujących postać typowego Polaka o dość ograniczonych horyzontach. „Andrzejku, nie denerwuj się”, „Andrzej to nie imię. Andrzej to stan umysłu” − te i setki innych haseł na stałe weszły do potocznego języka, odzierając to imię z powagi i godności.

Dla współczesnej mamy, która starannie wybiera imię dla swojego synka, planując mu przyszłość na międzynarodowych uczelniach, Andrzej brzmi dziś po prostu... ciężko. To imię, które w jej uszach „źle się starzeje”. Boimy się, że dziecko o takim imieniu będzie wyśmiewane w szkole, że rówieśnicy będą sypać żartami z sieci. Ten lęk jest paraliżujący. W świecie, gdzie wizerunek jest wszystkim, Andrzej stał się etykietą, którą niewielu ma odwagę przykleić swojemu dziecku.

Obserwuję to z pewnym smutkiem, bo obiektywnie patrząc, jest to imię o pięknej fonetyce i mocnym znaczeniu. Niestety, w starciu z algorytmami mediów społecznościowych i zbiorową wyobraźnią internautów, tradycja przegrała z satyrą. Dziś nazwanie syna Andrzejem jest postrzegane jako akt niemal rewolucyjny albo przejaw kompletnego braku wyczucia czasu.

Czy Andrzej ma szansę na wielki powrót w stylu retro?

Znany jest mechanizm tzw. imion stuletnich. Polega on na tym, że imiona naszych dziadków wracają do łask dopiero wtedy, gdy pokolenie, które je nosiło, niemal całkowicie odchodzi, a ich imiona zaczynają pachnieć nostalgią, a nie codziennością. Tak stało się z Antonim, Franciszkiem czy Janem. Obecnie przeżywamy renesans imion takich jak Józef czy Henryk. Czy ten sam los czeka Andrzeja?

Na razie wszystko wskazuje na to, że rana zadana przez internetowe żarty wciąż jest zbyt świeża. Andrzej musi przejść długą drogę, zanim znów stanie się świeży i intrygujący.

Jednak jako optymistka i obserwatorka trendów, wierzę, że kiedyś nadejdzie moment, w którym jakaś młoda, wpływowa para − może artystów, może influencerów − ogłosi światu: „Oto nasz syn, Andrzej”. I wtedy nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zobaczymy w tym imieniu to, co widzieli nasi przodkowie: odwagę, męstwo i klasykę. Zanim to jednak nastąpi, Andrzej pozostanie w bezpiecznej przystani imieninowych kalendarzy starszych pokoleń. Dziś nazwanie tak dziecka wymaga odwagi i pewności siebie, by nie ugiąć się pod ciężarem ironicznych uśmiechów rodziny.

Czy to wstyd? Absolutnie nie, imię to nie wyrok. Ale dziś wybór ten jest bez wątpienia pod prąd − a jak wiemy, płynięcie pod prąd bywa męczące, nawet jeśli na końcu czeka na nas piękna, choć nieco zapomniana tradycja.

Zobacz też: To imię dla dziewczynki królowało w PRL. Dziś to obciach nazwać tak córkę

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...