Jeden rzut oka na sukienkę córki po powrocie z kolonii i matka zamarła. „Wychowawca pozwolił im na to w biały dzień”
Dosłownie godzinę temu odebrałam moją 9-letnią córkę Wiktorię z jej pierwszych w życiu kolonii letnich na Mazurach. Zamiast spodziewanej radości i wzruszenia, czuję w sobie tak gigantyczny miks złości, bezsilności i totalnego szoku, że po prostu muszę to z siebie wyrzucić.

Spakowałam córkę od stóp do głów w porządne, markowe ubrania, żeby na obozie czuła się komfortowo i ładnie. Wydałam na tę wyprawę małą fortunę, licząc na profesjonalizm kadry i bezpieczną zabawę. Niestety, jeden rzut oka na sukienkę córki po powrocie z kolonii i po prostu zamarłam. To, w jakim stanie wróciło moje dziecko, przechodzi ludzkie pojęcie.
Gdy autokar zajechał na parking, stałam z mężem z przodu, wypatrując naszej małej księżniczki. Kiedy Wiktoria wreszcie wysiadła na krawężnik, zdrętwiałam. Moja córka miała na sobie swoją ukochaną, śnieżnobiałą, hiszpańską sukienkę z delikatnej bawełny, którą kupiłam jej specjalnie na pożegnalną dyskotekę. Sukienka była bezpowrotnie zniszczona. Całą od góry do dołu pokrywały ją wielkie, zaschnięte, neonowe plamy w kolorze różu, zieleni i błękitu. Materiał był sztywny od jakiejś dziwnej chemii, a na plecach ziała wielka dziura.
Zniszczone ubrania na kolonii − kto odpowiada za rzeczy dziecka?
Stałam jak wryta, gapiąc się na własne dziecko, a w głowie miałam absolutny chaos. Pierwsza myśl? Moja córka padła ofiarą jakiegoś nękania rówieśniczego, ktoś ją oblał, zniszczył jej ubrania dla głupiego żartu. Rzuciłam się w stronę wychowawcy grupy, młodego chłopaka, który z uśmiechem na twarzy rozdawał dzieciom bagaże. Zapytałam go, ledwo panując nad drżącym głosem, co tutaj się wydarzyło i dlaczego nikt nie dopilnował mojego dziecka.
Tłumaczenie tego opiekuna po prostu mnie osłabiło. Chłopak spojrzał na mnie z absolutnym luzem, wręcz z lekkim rozbawieniem, i oświadczył, że przecież nic złego się nie stało. Wybąkał, że ostatniego dnia turnusu zorganizowali dzieciakom wielką bitwę na farby, tak zwany festiwal kolorów. Wychowawca pozwolił im na to w biały dzień, dając dzieciom pełną swobodę w oblewaniu się z wiaderek i rzucaniu w siebie barwnikami. Kiedy zapytałam go, dlaczego nie kazali dzieciom ubrać starych rzeczy na wyrzucenie, tylko pozwolili Wiktorii zniszczyć drogą, wyjściową sukienkę, wzruszył ramionami. Powiedział, że dzieci były tak podekscytowane, że nikt nie kontrolował, kto co ma na sobie, a najważniejsza była przecież integracja i dobra zabawa.
Jak spakować dziecko na kolonie − błędy rodziców i wpadki kadry
Słuchałam tego i czułam, jak krew uderza mi do głowy. Przecież to jest jawne niedopełnienie obowiązków i brak jakiejś wyobraźni ze strony dorosłych ludzi, którym powierza się pod opiekę maluchy. Rozumiem, że kolonie rządzą się swoimi prawami, że dzieci się brudzą, biegają po lesie, skaczą w błocie. Na takie okazje Wiktoria miała w walizce stertę starych T-shirtów, ciemne spodenki i dresy, które mogły wylądować w koszu po powrocie. Po to rodzic spędza pół nocy na pakowaniu i segregowaniu ubrań, żeby opiekunowie na miejscu wykazali się chociaż odrobiną zdrowego rozsądku.
Pozwolenie dziewięciolatkom na rzucanie się niezmywalnymi barwnikami w ich najlepszych, wyjściowych ubraniach to dla mnie szczyt lenistwa kadry. Najłatwiej jest dać dzieciom farby i mieć święty spokój przez trzy godziny, zamiast zorganizować im mądre, kreatywne zajęcia, które nie niszczą mienia rodziców. Ta sukienka nadaje się teraz wyłącznie do śmietnika. Próbowałam ją zaprać w domu odplamiaczem, ale ten neonowy badziew wżarł się w bawełnę tak mocno, że nic tego nie rusza.
Odpowiedzialność wychowawcy na obozie − gdzie są granice zabawy?
Mój mąż twierdzi, że przesadzam, bo Wiktoria wróciła z uśmiechem od ucha do ucha i była zachwycona tą całą bitwą. Ale dla mnie to jest kwestia zasad. Szkoła życia szkołą życia, ale wychowawca na obozie jest od tego, żeby myśleć za dzieci. Dziewięciolatka nie zastanawia się nad kosztami ubrań ani nad tym, czy plama zejdzie w praniu − ona widzi zabawę. To dorosły człowiek ma za zadanie powiedzieć: stop, idź do domku i przebierz się w coś starego.
Czuję się po prostu zlekceważona jako rodzic, który płaci ciężkie pieniądze za turnus. Jak mam teraz reagować? Powinnam pisać oficjalną skargę do kierownika obozu i żądać zwrotu kosztów za zniszczone ubrania, czy machnąć ręką dla świętego spokoju, bo dziecko bawiło się dobrze? Doradźcie coś, drogie mamy, bo do teraz trzęsą mi się ręce ze złości na tę całą bezmyślną kadrę.
Pozdrawiam całą Redakcję,
Monika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl