Jej 12-letnia córka zażądała kieszonkowego 500 zł. „Gdy wyjaśniła, na co wydają koleżanki, zamarłam”
Kiedy moja córka usiadła naprzeciwko mnie przy kolacji i z kamienną twarzą oświadczyła, ile pieniędzy potrzebuje co miesiąc, w pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś internetowy żart. Jednak gdy zaczęła punkt po punkcie wyliczać wydatki swoich rówieśniczek, dotarło do mnie, że moje dziecko żyje w rzeczywistości, której kompletnie nie rozumiem i która szczerze mnie przeraża.

Szanowna Redakcjo, piszę do Was, bo czuję się totalnie bezsilna w starciu z dzisiejszym światem nastolatek. Moja Zuzia skończyła niedawno 12 lat. Zawsze była skromną dziewczynką, cieszyła się z wyjścia na lody czy nowej bluzki z sieciówki. Ale od kilku miesięcy widzę w niej zmianę, która kulminację miała wczoraj wieczorem. Zuzia przyszła do mnie i powiedziała, że potrzebuje „stałego, godnego” kieszonkowego. Kiedy zapytałam ile, bez mrugnięcia okiem odparła: „Pięćset złotych, mamo. Przecież to i tak mało”.
Zamurowało mnie. 500 złotych to dla mnie ogromna kwota − to połowa moich opłat za mieszkanie, to budżet na jedzenie na tydzień dla całej naszej trójki. Próbowałam nie wybuchnąć śmiechem ani się nie wkurzyć za bardzo. Zapytałam spokojnie: „Zuzia, na co 12-latka może wydać tyle pieniędzy?”. To, co usłyszałam w odpowiedzi, sprawiło, że do teraz mam ciarki na plecach. To nie była lista zabawek, książek czy wyjść do kina. To był biznesplan małej celebrytki.
Kosmetyczne szaleństwo, czyli pielęgnacja za setki złotych
Zuzia zaczęła wymieniać marki kosmetyków, o których ja sama ledwo słyszałam. Okazuje się, że w jej klasie obciachem jest mycie twarzy zwykłym żelem z drogerii za dychę. Koleżanki mojej córki, te same, które jeszcze rok temu bawiły się lalkami, teraz codziennie nakładają na twarz serum z witaminą C, maski nawilżające od luksusowych marek i specjalne kremy pod oczy, które kosztują po 150 złotych za słoiczek! Córka wyjaśniła mi, że jej przyjaciółka, Amelia, ma całą lodówkę kosmetyczną w pokoju, a ich główną rozrywką po lekcjach jest chodzenie do Sephory i testowanie próbek najdroższych perfum.
Słuchałam tego i czułam, jak rośnie we mnie sprzeciw. One mają po 12 lat! Ich skóra jest młoda, piękna, naturalna. Po co im retinol? Po co im skomplikowane rytuały pielęgnacyjne, które my, dojrzałe kobiety, stosujemy, żeby zatrzymać czas? Zuzia patrzyła na mnie z wyrzutem, mówiąc, że bez tych produktów czuje się zaniedbana, bo wszystkie inne dziewczyny mają już swoje zestawy do „skincare”. Poczułam, że przegrywam walkę z TikTokiem i Instagramem, które wmawiają dzieciom, że ich naturalność to defekt, który trzeba naprawić drogim kremem.
Galeria handlowa jako jedyny plac zabaw dzisiejszych dzieci
Druga połowa tej kwoty − te kolejne 250 złotych − ma iść na „życie towarzyskie”. Ale nie myślcie sobie, że chodzi o rower, basen czy pizzę raz na miesiąc. Dzisiejsze 12-latki nie spotykają się na podwórku. One spotykają się w galeriach handlowych. Zuzia opisała mi ich typowe popołudnie: najpierw spacer po markowych sklepach z ubraniami (gdzie T-shirt kosztuje 100 zł), a potem obowiązkowa wizyta w modnej kawiarni na kawie z bitą śmietaną. Taka jedna kawka to koszt rzędu 25-30 złotych. Do tego jakiś modny bajgiel czy ciastko i rachunek zamyka się w 50 złotych za jedno wyjście.
„Mamo, nie mogę siedzieć w domu, kiedy one wszystkie tam są i robią wspólne zdjęcia na Insta z tymi kubkami” − powiedziała mi córka ze łzami w oczach. Zamarłam. Zrozumiałam, że te 500 złotych to nie jest cena za kosmetyki czy jedzenie. To jest cena za bilet wstępu do grupy rówieśniczej. To opłata za to, żeby nie być wykluczonym, żeby nie stać się obiektem drwin jako ta biedna, której nie stać na karmelowe frappuccino. Moje serce pękło, bo zobaczyłam, że moja córka zaczyna mierzyć swoją wartość grubością portfela rodziców.
Mówię „stop”, ale boję się konsekwencji dla mojego dziecka
Powiedziałam „nie”. Nie dam jej 500 złotych na to, żeby niszczyła sobie cerę chemią i marnowała czas w sztucznym świecie galerii handlowych. Zaproponowałam jej mniejszą kwotę na realne potrzeby i wspólne wyjścia do kina, ale Zuzia trzasnęła drzwiami. Nazwała mnie nienowoczesną i okrutną. Od wczoraj się do mnie nie odzywa, a ja siedzę w kuchni i zastanawiam się, gdzie popełniliśmy błąd jako społeczeństwo.
Dlaczego pozwalamy na to, by dzieciństwo kończyło się w wieku 11 lat? Skąd w tych rodzicach, którzy dają te pieniądze, zgoda na taką konsumpcję? Przecież te dziewczynki uczą się, że jedynym sposobem na spędzanie czasu jest wydawanie pieniędzy. Boję się, że moja decyzja sprawi, że Zuzia zostanie sama, że koleżanki przestaną ją zapraszać, bo nie będzie pasować. Ale jeszcze bardziej boję się, co wyrośnie z 12-latki, która uważa, że złoty krem pod oczy to jej prawo podstawowe. Czuję się w tym wszystkim strasznie samotna i zastanawiam się, czy tylko ja w tej klasie mam jeszcze resztki zdrowego rozsądku?
Monika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Na komunię kupiłam wnuczce Pismo Święte. Odpowiedziała 2 słowa i aż się przeżegnałam”