Reklama

Mam 5-letniego syna. Chodzi do zwykłego, państwowego przedszkola. Nie dlatego, że tak wybrałam z przekonania czy ideologii, tylko dlatego, że na nic innego mnie nie stać. I choć rozum mówi mi, że to nie jest powód do wstydu, to serce podpowiada coś zupełnie innego.

„Mamo, a ja kiedy pójdę na takie zajęcia?”

W przedszkolu dzieci rozmawiają. To normalne. Opowiadają, gdzie były, co robiły, na jakie zajęcia chodzą. Jedno ma angielski trzy razy w tygodniu, drugie robotykę, trzecie basen, czwarte zajęcia z logopedą i jeszcze coś dodatkowego.

Mój syn wraca i pyta: „Mamo, a ja też mogę iść na takie zajęcia?”. I ja za każdym razem czuję ścisk w gardle, bo wiem, że nie mogę powiedzieć „tak” tak po prostu. Muszę kombinować, tłumaczyć, odkładać temat, mówić, że „kiedyś”.

Prawda jest taka, że nie mamy na to pieniędzy.

Wakacje, które nie wyglądają jak z katalogu

Najtrudniejszy jest temat wakacji. Kiedy inne dzieci opowiadają o samolotach, hotelach z basenem, morzu, górach i wyjazdach za granicę, mój syn mówi, że jedzie na wieś do dziadków.

Wiem, że to nie jest nic złego. Wiem, że wieś, świeże powietrze, czas z dziadkami to coś wartościowego. Sama mam piękne wspomnienia z dzieciństwa.

Ale jednocześnie czuję ukłucie wstydu. Bo wiem, że dla niego to nie jest wybór – to jedyna opcja. Nie stać nas na ferie zimowe, nie stać nas na wakacje w hotelu, czasem nawet weekendowy wyjazd jest problemem. Każdy taki plan to liczenie pieniędzy i zastanawianie się, z czego zrezygnować.

Czuję się gorsza

Najgorsze jest to porównywanie. Może nie powinnam, ale robię to cały czas. Widzę innych rodziców, którzy mogą zapewnić dzieciom więcej – więcej zajęć, więcej atrakcji, więcej możliwości. Wtedy zaczynam się zastanawiać, czy ja nie robię czegoś źle. Czy mój syn przez to nie straci. Czy kiedyś nie będzie miał do mnie żalu, że nie dostał tylu szans co inni.

Bo dziś świat wygląda tak, jakby wszystko było inwestycją w dziecko. Każde zajęcia, każdy wyjazd, każdy kurs to „rozwój”, „szansa”, „lepsza przyszłość”.

A ja nie jestem w stanie tego zapewnić. Czasem próbuję sobie tłumaczyć, że to nie jest najważniejsze. Że mój syn ma spokojny dom, uwagę, miłość, czas. Że czytamy razem książki, bawimy się, rozmawiamy.

Że wakacje na wsi to nie gorsze wakacje, tylko inne.

Ale potem przychodzi taki moment, jedno pytanie, jedno porównanie, jedno zdanie z przedszkola – i wszystko wraca. To poczucie, że mogłabym dać mu więcej, ale nie mogę. Że nie dlatego, że nie chcę. Tylko dlatego, że mnie nie stać. I chyba właśnie to boli najbardziej.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Puściłam córkę na nocowankę i to był błąd. Rodzice jej koleżanki zepsuli mi dziecko”

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...