Reklama

Jechałam pociągiem z Katowic do Warszawy. Podróż przebiegała spokojnie, nikt nie narzekał na opóźnienie, klimatyzacja działała, wagon był pełny, ale nieprzepełniony. W przedziale siedziała młoda kobieta z mniej więcej rocznym dzieckiem. Maluch był spokojny, przez większość podróży spał na kolanach mamy.

Po pewnym czasie kobieta wzięła dziecko na ręce i wyszła do toalety. Kiedy wróciła po kilku chwilach, wyglądała na wyraźnie skrępowaną. Usiadła na swoim miejscu, wyjęła z torby mały kocyk i mokre chusteczki, i zaczęła zmieniać dziecku pieluchę.

W przedziale natychmiast zrobiło się niezręcznie. Kilka osób spojrzało po sobie z niedowierzaniem. Starsza pani siedząca naprzeciwko pokręciła głową. Mężczyzna obok mnie mruknął pod nosem coś o „brudasce”. Kiedy po chwili w powietrzu zaczął unosić się charakterystyczny zapach brudnej pieluchy, atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej napięta.

Rozumiałam ich dyskomfort. Sama nie byłam zachwycona tym, co się dzieje. Tylko że ta historia miała drugie dno.

Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego wróciła

Kilka minut później sama poszłam do toalety i wyszłam z niej niemal natychmiast.

Zawartość muszli była praktycznie pod samą krawędzią. Spłuczka nie działała. W kranie nie było wody. Papieru toaletowego również. O przewinięciu małego dziecka w takich warunkach nie było nawet mowy.

Kiedy później przez przedział przechodził konduktor, usłyszałam, jak ta mama pyta go, czy w pociągu jest toaleta z przewijakiem albo specjalne miejsce dla rodziców z małymi dziećmi. Nie było.

Był wprawdzie przedział rodzinny, ale – jak wyjaśnił – przy dużym obłożeniu zajmowali go także inni pasażerowie, niekoniecznie z dziećmi.

Patrzyłam na tę mamę i pomyślałam, że tak naprawdę nie miała dobrego wyjścia. Mogła zostawić dziecko w brudnej pieluszce jeszcze przez kilkadziesiąt minut albo przewinąć je tam, gdzie akurat było to możliwe.

Wybrała rozwiązanie, które dla wszystkich było niekomfortowe, dla niej również, ale dla dziecka było po prostu najlepsze.

Łatwo ocenić człowieka. Trudniej zauważyć prawdziwy problem

Współpasażerowie widzieli kobietę przewijającą dziecko w przedziale. Nie widzieli toalety, z której po dwóch sekundach musiała wyjść. Nie wiedzieli, że wcześniej próbowała zrobić to w miejscu do tego przeznaczonym. Najłatwiej było uznać, że trafiła się „nieodpowiedzialna matka”, która nie liczy się z innymi. Tylko czy naprawdę ona była tutaj największym problemem?

Coraz częściej oczekujemy od rodziców małych dzieci, że będą idealnie funkcjonować w przestrzeni publicznej. Dziecko ma nie płakać, nie hałasować, nie przeszkadzać i najlepiej nie wymagać żadnej opieki. Jednocześnie ta sama przestrzeń bardzo często w ogóle nie jest przygotowana na ich obecność. Jak ma zachować się rodzic, kiedy nie ma działającej toalety, przewijaka ani miejsca, w którym można w spokoju zająć się dzieckiem?

Możemy oburzać się na zapach, który przez kilka minut unosił się w przedziale. Dla mnie również ta sytuacja nie była komfortowa. Mam jednak wrażenie, że większym problemem od jednej brudnej pieluchy jest to, że wciąż projektujemy usługi i miejsca publiczne tak, jakby rodzice z małymi dziećmi w ogóle z nich nie korzystali.

Zapachu pieluchy nie będę pamiętać, ale zapamiętam młodą mamę, która była wyraźnie zawstydzona, przepraszała wszystkich wzrokiem i robiła wszystko, żeby jej dziecko nie cierpiało. Gdyby system działał tak, jak powinien, nikt z nas nie musiałby być świadkiem tej sytuacji.

Czytaj także: Pracownica sali zabaw „widziała już wszystko”. „Rodzice płacą i zachowują się jak paniska. Jednej matki nigdy nie zapomnę”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...