Reklama

Szybko jednak ta niewinna zabawa przerodziła się w regularne wykorzystywanie mojej dobroci. Łucja zaczęła zjawiać się u nas coraz wcześniej, potrafiła zapukać już o godzinie 10:00 rano, kiedy ja jeszcze biegałam w piżamie i próbowałam ogarnąć dom przed pracą zdalną. Wchodziła jak do siebie, siadała na kanapie i czekała na rozrywki.

Darmowa opieka nad dzieckiem w wakacje − gdzie są granice sąsiedzkiej pomocy?

Jej mama, Paulina, pracowała w systemie zmianowym, więc kiedy miała wolne, potrafiła ostentacyjnie wysłać małą do nas na cały dzień, żeby sama mogła odsypiać albo robić zakupy. Ani razu nie zadzwoniła, nie zapytała, czy Łucja nie robi kłopotu, nie przyniosła nawet paczki paluszków w podziękowaniu. Bezczelnie uznała, że darmowa opieka nad dzieckiem w wakacje po prostu jej się należy, skoro ja i tak siedzę w domu z moim synem.

Zaczęłam czuć się jak instytucja charytatywna. Musiałam organizować małej czas, pilnować, żeby dzieciaki nie rozniosły mieszkania, a na dodatek karmić dodatkową buzię. Dziewczynka zjadała u nas drugie śniadanie, podjadała owoce, piła soki, a jej matka nawet słowem nie pisnęła o żadnych kosztach.

Brak wychowania u dzieci i rodziców

Prawdziwe apogeum tej bezczelności nastąpiło wczoraj wieczorem. Była już godzina 19:30, mój mąż wrócił zmęczony z biura, a ja przygotowałam dla naszej trójki zapiekanki. Łucja siedziała u nas od samego rana, czyli dobre dziewięć godzin. Myślałam, że mała sama domyśli się, że pora wracać do domu, albo że jej mama wreszcie po nią przyjdzie. Nic z tych rzeczy. Kiedy postawiłam blachę z jedzeniem na stole, córka sąsiadki bez pytania wdrapała się na krzesło męża, złapała za widelec i zakomunikowała, że ona też jest głodna i zje z nami, bo jej mama powiedziała, że dzisiaj nie robi kolacji, bo nie chce jej się stać przy kuchni.

W tym momencie po prostu zaniemówiłam i zbaraniałam. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy z czystej wściekłości. To nie jest kwestia żałowania dziecku jedzenia, ale totalnego braku wychowania i jakichkolwiek manier. Ta mała pchała się na naszą prywatną, rodzinną kolację, podczas gdy jej matka siedziała piętro wyżej, mając święty spokój. Spojrzałam na męża, który tylko wymownie pokręcił głową.

Jak asertywnie odmówić sąsiadce i wyznaczyć granice w relacjach?

Zabrałam talerz sprzed nosa Łucji, wstałam od stołu i powiedziałam jej prosto z mostu, ale spokojnym głosem, że na dzisiaj koniec zabawy. Powiedziałam, że to jest nasz czas rodzinny, jemy kolację sami i ma natychmiast wracać do swojej mamy, bo jest już bardzo późno. Dziewczynka zrobiła wielkie oczy, ostentacyjnie trzasnęła drzwiami i poszła na górę. Nie minęło pięć minut, a mój telefon dosłownie eksplodował od SMS-ów od Pauliny. Sąsiadka naskoczyła na mnie, pytając, jak mogłam wyprosić jej biedne dziecko z domu i żałować małej zapiekanki.

Do teraz trzęsą mi się ręce, kiedy o tym myślę. Jak można mieć w sobie tyle bezczelności i roszczeniowości? Uważam, że miałam pełne prawo wyznaczyć granice i zacząć asertywnie odmawiać, bo podrzucanie dzieci znajomym w wakacje stało się na naszym osiedlu jakąś chorą normą. Nie jestem darmową nianią ani jadłodajnią dla cudzych dzieciaków. Dzisiaj połowa sąsiadek patrzy na mnie wilkiem, jakbym zrobiła małej krzywdę, a ja po prostu chciałam zjeść kolację we własnym domu z mężem i synem.

Co o tym myślicie, drogie mamy? Czy ja naprawdę przesadziłam, czy to dzisiejsi rodzice totalnie stracili klasę i poczucie obciachu?

Pozdrawiam Was serdecznie,

Karolina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Dziadkowie zabrali Lilkę na tydzień do Gołębiewskiego, wrócili sami, z pustą walizką. Nigdy im tego nie daruję”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...