Reklama

Było upalne, leniwe popołudnie, a nadmorski ogródek gastronomiczny pękał w szwach od tłumu wygłodniałych turystów czekających na smażoną rybę. Kilka stolików dalej siedziała młoda, na oko trzydziestoletnia mama z dwójką dzieci − starszym, około czteroletnim chłopcem i maleńką, może kilkumiesięczną córeczką w wózku. W pewnym momencie, prawdopodobnie z powodu potwornego upału i duchoty, niemowlę obudziło się z krzykiem i zaczęło przeraźliwie, rozpaczliwie płakać.

Kobieta natychmiast zerwała się na równe nogi, wzięła maleństwo na ręce, zaczęła je tulić, kołysać i nerwowo szukać w torbie butelki z piciem, jednocześnie próbując upilnować wiercącego się starszaka. To, co wydarzyło się zaledwie chwilę później, kompletnie odebrało mi mowę. Naprawdę zaczęłam myśleć, że Polacy tylko udają, że lubią dzieci, a nasza rzekoma prorodzinność to zwykła, cyniczna pokazówka.

Skandaliczne zachowanie turystów w barze nad Bałtykiem

Zamiast współczucia czy choćby obojętności, wokół zmęczonej matki rozpoczął się pokaz ludzkiej złośliwości i absolutnego braku empatii. Elegancka para siedząca tuż obok ostentacyjnie odsunęła krzesła, a starszy mężczyzna znad sąsiedniego stolika głośno, na całą restaurację, skomentował, że z takimi bachorami to siedzi się w domu, a nie psuje ludziom obiad za ciężkie pieniądze.

Kelner, zamiast dyplomatycznie załagodzić sytuację lub zaoferować kobiecie szklankę wody, podszedł do niej z chłodną miną i zapytał, czy mogłaby wyjść z dzieckiem poza teren ogródka, bo inni goście skarżą się na potworny hałas.

Dlaczego Polacy nie tolerują dzieci w restauracjach?

Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy tej dziewczyny − w ułamku sekundy stała się cała czerwona, w jej oczach pojawiło się przerażenie, wstyd i absolutne poczucie osamotnienia w tym wrogim tłumie. Zaczęła drżącymi rękami pakować zabawki, porzuciła na stole ledwo tknięty obiad, za który przecież zapłaciła, i ze łzami zaczęła uciekać z restauracji, ciągnąc za sobą wózek i zdezorientowanego synka. Dosłownie nikt nie zareagował, a część gości odprowadziła ją nawet wzrokiem pełnym triumfu, jakby właśnie pozbyli się z lokalu jakiegoś groźnego szkodnika. Ja sama miałam łzy w oczach, bo poziom niesprawiedliwości i czystego okrucieństwa, jaki ją spotkał, po prostu rozrywał serce od środka.

Ta sytuacja dobitnie pokazała mi, jak głęboka hipokryzja trawi nasze społeczeństwo, które z jednej strony tak głośno krzyczy o demografii i potrzebie rodzenia dzieci, a z drugiej − kompletnie nie toleruje ich fizycznej obecności w prawdziwym życiu. Chcemy mieć idealne dzieci z reklam, które w miejscach publicznych siedzą cicho niczym zaprogramowane roboty, nie generują decybeli i nie przeszkadzają nam w celebrowaniu urlopu. Zapominamy, że płacz dla niemowlaka to jedyny dostępny sposób komunikacji ze światem, wyraz strachu, zmęczenia czy bólu brzuszka, a nie celowe złośliwe działanie wymierzone w komfort innych plażowiczów.

Gdzie podziała się nasza ludzka empatia i zrozumienie?

Najbardziej przeraża mnie fakt, że jako naród stajemy się coraz bardziej egoistyczni, zamknięci w bańkach własnego świętego spokoju i całkowicie odporni na cudzą trudną sytuację. Gdzie podziała się ta legendarna polska solidarność i zwykła, sąsiedzka życzliwość, która nakazywałaby podejść do takiej bezradnej matki, uśmiechnąć się, powiedzieć dobre słowo albo chociaż zaproponować, że przypilnuje się starszego dziecka, gdy ona karmi malucha? Zamiast tego wolimy rzucać pełne pogardy spojrzenia, syczeć pod nosem jadowite komentarze i traktować drugiego człowieka jak intruza, który zakłócił nasz idealny, instagramowy wakacyjny kadr.

Wracam z tych wakacji z poczuciem wielkiego wstydu za to, jak potrafimy zniszczyć komuś wyczekiwany od miesięcy wypoczynek tylko dlatego, że zabrakło nam pięciu minut cierpliwości. Piszę tę historię ku refleksji dla każdego, kto następnym razem poczuje irytację na dźwięk dziecięcego płaczu w pociągu, samolocie czy nadmorskiej knajpie. Pamiętajmy, że nikt z nas nie urodził się dorosły, a szacunek i przestrzeń do życia należą się w równym stopniu każdemu człowiekowi − bez względu na to, czy ma trzydzieści lat, czy zaledwie kilka miesięcy.

Zobacz też: „Współczesne dzieci to społeczne niedojdy”. Scena z 10-latkiem na deptaku ujawnia smutną prawdę o pokoleniu Alfa

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...