Specjalny odcinek „Mamy to!”. Czego nauczyły mnie moje córki?
W specjalnym odcinku podcastu "Mamy to!" nagranym z okazji zbliżającego się Dnia Matki usiadłam do rozmowy z moimi trzema córkami: 21-letnią Alicją oraz 19-letnimi bliźniaczkami Julią i Nel. I mam poczucie, że w tej rozmowie usłyszałam coś bardzo ważnego. Nie o macierzyństwie, ale o życiu.
W rodzicielstwie bardzo często skupiamy się na tym, czego dzieci trzeba nauczyć, jak je wychować, jak przygotować do życia, jak sprawić, żeby były silne, szczęśliwe i poradziły sobie w świecie. Ja zaś ostatnio coraz częściej myślę o czymś zupełnie odwrotnym: Czego my - dorośli - możemy nauczyć się od własnych dzieci?
Cały odcinek można obejrzeć na YouTube Mamotoja.
"Zawsze będziemy dziećmi"
W pewnym momencie zapytałam dziewczynki, czego mogę się nauczyć od ich pokolenia. Odpowiedź przyszła natychmiast.
- My zawsze będziemy dziećmi. Zawsze mamy w sobie multum z dziecka - powiedziała jedna z córek.
I nagle zrobiło mi się bardzo ciepło na sercu, bo pomyślałam, że może właśnie tego najbardziej boimy się jako dorośli - nie starzenia, tylko utraty tej części siebie, która jeszcze potrafi się wygłupiać, zachwycać i śmiać bez powodu.
Dziewczynki mówiły o tym, że mimo dorosłości zawsze będą tymi samymi siostrami, które kłóciły się na trampolinie, wygłupiały i robiły tysiąc absurdalnych rzeczy. Podkreślały, że dorastanie nie musi oznaczać rezygnacji z lekkości. I chyba właśnie tego dziś bardzo potrzebujemy.
Wewnętrzne dziecko nie znika
Mam poczucie, że nasze pokolenie kobiet przez lata uczyło się przede wszystkim bycia "poważną", odpowiedzialną, rozsądną, zorganizowaną. Taką, która ogarnia życie. A przecież gdzieś pod tym wszystkim nadal jesteśmy też dziewczynkami. Takimi, które czasem chciałyby założyć różową sukienkę bez tłumaczenia się światu. Zrobić sobie dziwną fryzurę. Tańczyć w kuchni. Kupować śmieszne rzeczy. Pojechać autem i udawać, że obok kierownicy prowadzi się własny samochód. I właśnie o tym rozmawiałyśmy.
- Jak ma się ochotę założyć tiulową różową sukienkę, to trzeba ją po prostu założyć" - powiedziałam podczas podcastu i sama się wtedy uśmiechnęłam, bo naprawdę coraz bardziej wierzę, że wolność zaczyna się od takich małych rzeczy.
Tydzień dziwnych fryzur
Jest w tej rozmowie moment, który kocham szczególnie. Przypomniałyśmy sobie historię Alicji z podstawówki. To był czas, kiedy większość dziewczynek zaczynała bardzo przejmować się opinią innych. Chciały wyglądać "normalnie", wpisywać się w grupę, nie wyróżniać się za bardzo. A Alicja? Alicja zrobiła... tydzień dziwnych fryzur. Do szkoły chodziła z kulkami od cotton ball lights we włosach, zabawkami, opaskami zrobionymi z lampek i fryzurami, które dla większości dzieci byłyby "obciachem". I wiecie, co najbardziej mnie wzruszyło? Że ona pamięta z tamtego czasu jedno zdanie: "Mama zawsze wspierała". Nie "mama zawsze perfekcyjnie wychowywała". Nie "mama wszystko robiła idealnie". Po prostu wspierała. I może właśnie to zostaje dzieciom na całe życie.
Może nie chodzi o perfekcję?
Po tej rozmowie pomyślałam, że być może dzieci wcale nie potrzebują idealnych rodziców. Nie zapamiętują perfekcyjnie złożonych kanapek, pedagogicznych metod ani tego, czy wszystko robiłyśmy zgodnie z aktualną wiedzą. Może bardziej pamiętają to, czy przy nas mogły być sobą.
Czy mogły przyjść w dziwnej fryzurze?
Czy mogły się wygłupiać?
Czy mogły być "za bardzo"?
Czy mogły być dziećmi trochę dłużej?
I czy ktoś obok mówił wtedy: "To jest okej".