Sprzedawczyni z Rossmanna ujawnia, jaki typ rodzica wywołuje u niej ciarki. „Żal mi ich dzieci”
Wybór odpowiednich kosmetyków, codzienne zakupy i walka z czasem w drogerii to rzeczywistość, którą doskonale zna każda współczesna mama. Często nie zdajemy sobie jednak sprawy, że codzienne, z pozoru niewinne sytuacje przy kasie są bacznie obserwowane przez personel sklepu.

Do naszej redakcji napisała pani Marlena, która od kilku lat pracuje w jednym z warszawskich Rossmannów i postanowiła szczerze opowiedzieć o zachowaniach, które każdego dnia mrożą jej krew w żyłach.
Nowoczesny smartfon zamiast bliskości i rozmowy z małym dzieckiem
W swoim niezwykle poruszającym liście pani Marlena opisuje zjawisko, które roboczo nazwała rodzicielstwem technologicznym. Z jej obserwacji wynika, że najgorszą grupą klientów są młodzi, wiecznie zajęci rodzice, dla których ekran telefonu stał się ważniejszy niż dzieci. Autorka listu pisze wprost, że kiedy widzi taką parę lub matkę wchodzącą do drogerii, od razu wie, że za chwilę będzie świadkiem smutnego teatru.
Pani Marlena przytacza wstrząsającą scenę ze swojej zeszłotygodniowej zmiany, kiedy do kasy podeszła elegancka kobieta z około trzyletnią córeczką.
„Dziewczynka trzymała w rączce mały żel do kąpieli z kolorowym stworkiem i bardzo chciała pokazać go mamie, pytając z zachwytem, czy ładnie pachnie. Matka nawet nie raczyła obrócić głowy w stronę dziecka, ponieważ była całkowicie pochłonięta pisaniem wiadomości na komunikatorze” − relacjonuje sprzedawczyni.
Kiedy mała zaczęła delikatnie pociągać mamę za rękaw bluzki, szukając chociaż sekundy uwagi, kobieta z irytacją wskazała palcem na głośną bajkę, sycząc pod nosem, żeby w końcu dała jej święty spokój. Autorka listu podkreśla, że taki widok małego człowieka uciszanego telefonem wywołuje u niej autentyczne ciarki, a ignorowanie naturalnej ciekawości malucha to według niej potworny błąd wychowawczy.
Jak cyfrowy smoczek niszczy relacje rodzinne nawet w sklepie
Kolejny problem, na który zwraca uwagę pracownica Rossmanna, to całkowity zanik podstawowych umiejętności społecznych u dzieci, które są wychowywane przez smartfony. Pani Marlena pisze, że współcześni rodzice potrafią stać w kolejce przez dziesięć minut, nie zamieniając ze swoim dzieckiem ani jednego słowa, ponieważ oboje są wpatrzeni w ekrany.
„Dzieciaki siedzą w wózkach jak bezwładne lalki, z otwartymi buziami, całkowicie odcięte od rzeczywistości, bodźcowane krzykliwymi obrazkami z YouTube” − ubolewa pani Marlena.
Autorka listu wspomina sytuację, gdy próbowała zagadać do sześcioletniej dziewczynki, pytając ją, czy lubi malować rączki kolorowymi pisakami, które jej tata właśnie kładł na taśmę. Ojciec dziecka natychmiast fuknął na kasjerkę, twierdząc, że ma małej nie rozpraszać, bo jak ona wyłączy się z oglądania gry na telefonie, to zaraz zacznie marudzić i on nie będzie miał jak zapłacić w spokoju. Pani Marlena wyznaje w liście, że poczuła wtedy potworny żal i smutek. Rodzice na własne życzenie, dla własnej wygody i świętego spokoju, hodują małych samotników, którzy nie potrafią wejść w interakcję z drugim człowiekiem, bo cały ich świat zamyka się w szklanym wyświetlaczu. To nie jest nowoczesne wychowanie, to jest zwykłe porzucenie emocjonalne na rzecz technologii.
Skutki nadużywania telefonów przez rodziców w miejscach publicznych
List pani Marleny kończy się bardzo gorzką refleksją na temat tego, jak te wszystkie nowoczesne nawyki wpłyną na przyszłość najmłodszego pokolenia. Sprzedawczyni z drogerii apeluje do wszystkich mam i ojców, którzy odwiedzają sklepy, by chociaż na czas zakupów schowali telefony do kieszeni i zaczęli po prostu rozmawiać ze swoimi pociechami. Zakupy w drogerii mogą być przecież świetną okazją do nauki kolorów, nazw kształtów czy zasad kulturalnego mówienia „dzień dobry” i „dziękuję” paniom przy kasie.
Nadużywanie smartfonów przez rodziców w miejscach publicznych sprawia, że dzieci czują się nieważne, niewidzialne i traktowane jak uciążliwy dodatek do dorosłego życia. Kiedy matka woli oglądać relacje obcych ludzi na Instagramie zamiast spojrzeć w oczy własnego, fascynującego się światem syna, to jest to największa porażka pedagogiczna naszych czasów.
Autorka listu pisze na koniec, że ma nadzieję, iż jej słowa zmuszą chociaż jedną mamę do refleksji podczas stania w kolejce do kasy. Bo ekrany można w każdej chwili wyłączyć, ale straconego czasu na zbudowanie prawdziwej, bliskiej więzi z dzieckiem nie da się już kupić w żadnej, nawet najlepiej zaopatrzonej drogerii.