Reklama

Szanowna Redakcjo! Kiedy planowaliśmy dziecko, marzyłam o partnerstwie, o wspólnym przewijaniu, spacerach i wspieraniu się w trudnych chwilach. Rzeczywistość uderzyła mnie w twarz zaraz po powrocie ze szpitala. Szybko zrozumiałam, że urodziłam jedno dziecko, a w domu mam dwoje − z tym że to większe jest znacznie bardziej roszczeniowe i oporne na jakąkolwiek naukę samodzielności.

Mój mąż, dorosły mężczyzna na odpowiedzialnym stanowisku, w domu zamienia się w bezradnego chłopca, którego trzeba obsługiwać.

Mąż jak drugie dziecko − czuję się bardzo samotna w macierzyństwie

On nawet palcem nie kiwnie przy małej, jeśli go o to dziesięć razy nie poproszę, a i wtedy słyszę tylko ciężkie wzdychanie. „Kochanie, gdzie są pieluchy?”, „A jak się zapina to body?”, „Ona chyba płacze za tobą, weźmiesz ją?”. To są pytania, które słyszę codziennie od pół roku. On nie wie, gdzie leżą ubranka własnej córki, nie potrafi przygotować mleka bez instrukcji obsługi wysłanej SMS-em. Czuję się, jakbym była na wiecznym dyżurze, zarządzając nie tylko niemowlęciem, ale i wielkim facetem, który nagle zapomniał, jak obsługuje się pralkę czy czajnik.

On nie potrafi zająć się córką, opadają mi ręce

Najgorsza jest jego całkowita ślepota na domowe potrzeby. Wyobraźcie sobie taką sytuację: mała ząbkuje, płakała pół nocy, ja padam na twarz. Rano on wstaje, robi sobie kanapki i zostawia na blacie masło, okruchy i nóż umazany dżemem. Kiedy proszę, żeby to sprzątnął, słyszę: „Przecież zaraz wrócę i zjem drugie śniadanie, o co ci chodzi?”. Jemu nie przyjdzie do głowy, że ja w tym czasie muszę tam przygotować butelki, że nie mam gdzie postawić sterylizatora.

Inny przykład? Weekend. Proszę go, żeby został z małą na godzinę, bo muszę po prostu umyć włosy i posiedzieć chwilę w ciszy. Wracam z łazienki i co widzę? Mała leży w brudnej pieluszce i kwęka w leżaczku, a on siedzi obok w słuchawkach i gra w grę. „No przecież jestem z nią, pilnuję, nic się nie dzieje” − mówi z rozbrajającą szczerością. On uważa, że pilnowanie dziecka to fizyczna obecność w tym samym pokoju, najlepiej bez odrywania wzroku od telefonu.

Kiedy wychodzimy na spacer, on idzie przodem z rękami w kieszeniach, a ja szarpię się z wózkiem, torbą i psem. Ani razu nie powiedział: „Daj, pomogę ci, ja poniosę torbę”. On jest w tym domu gościem, którego ja muszę nakarmić, uprać mu ubrania i jeszcze podziękować, że łaskawie pobawił się z córką przez pięć minut.

Czy da się naprawić małżeństwo, w którym brakuje partnerstwa?

Jestem po prostu wściekła. Każdego wieczoru, gdy mała w końcu zasypia, ja zaczynam drugi etat − sprzątanie tego, co on zostawił po sobie przez cały dzień. Skarpetki przy kanapie, brudny talerz w zlewie (choć zmywarka jest pusta i otwarta!), puste opakowanie po mleku w lodówce. Kiedy próbuję o tym rozmawiać, on robi z siebie ofiarę. Mówi, że jest zmęczony pracą, że przecież zarabia na dom, że ja tylko siedzę z dzieckiem.

To boli najbardziej. To poczucie, że moja praca 24/7 jest niewidzialna, a jego obecność w domu ma być nagradzana serwisem obiadowym. Czuję, że gasnę jako kobieta i jako żona. Przestałam widzieć w nim partnera, a zaczęłam widzieć kłopotliwego lokatora, który generuje więcej pracy niż pożytku. Czasem myślę sobie, że gdybym była sama, miałabym przynajmniej o jeden talerz mniej do zmywania i o jedną osobę mniej do proszenia się o podstawowy szacunek.

Nie wiem, jak długo tak pociągnę. Czy wszystkie mamy tak mają? Czy ten tzw. instynkt ojcowski u niektórych nigdy się nie budzi?

Marzena


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Głupie zasady synowej psują mi wnuczkę. Gdybym to ja zajmowała się Majeczką, byłaby złotym dzieckiem”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...