W wakacje codziennie podrzuca 8-letnie dziecko sąsiadce. „Ona przecież i tak nie pracuje”
Skoro sąsiadka i tak siedzi całymi dniami w domu, gotuje obiady, bawi się na dywanie i nigdzie się nie spieszy, to co za różnica, czy wokół niej biega jedno dziecko, czy dwójka?

Droga Redakcjo! Jestem mamą 8-letniej Poli i od kilku tygodni próbuję jakoś przetrwać wakacje. Za to Olga, moja sąsiadka z dołu, nie pracuje od paru lat i tylko siedzi z synkiem w domu, więc uznałam, że w wakacje normalną rzeczą jest sąsiedzka pomoc. Zaczęłam wysyłać moją Polę do jej mieszkania, żeby dzieci pobawiły się razem. Niestety, wczoraj Olga bezczelnie wyprosiła moją córkę za drzwi, a ja uważam, że ma przecież mnóstwo wolnego czasu i korona by jej z głowy nie spadła, gdyby pomogła zmęczonej koleżance.
Sąsiadka powinna pomóc, przecież nie pracuje
Moja Pola to mądra, samodzielna dziewczynka, świetnie dogaduje się z małym Bartkiem, pilnuje go na placu zabaw i wręcz pomaga Oldze w opiece. Przez ostatnie trzy tygodnie wysyłałam małą na dół rano, około godziny 9:00, żeby dzieci się pobawiły. Dzięki temu moje dziecko miało zapewnione bezpieczne schronienie, a ja mogłam w spokoju pracować, nie martwiąc się, że mała siedzi sama przed komputerem.
Wczoraj po godzinie 17:00 zjechałam windą i poszłam odebrać Polę. Olga, zamiast zaprosić mnie na kawę, wyszła na korytarz z taką miną, jakby co najmniej stała się jej wielka niesprawiedliwość. Zaczęła mi bezczelnie wyliczać, że moja córka zjadła u niej drugie śniadanie, podjadała owoce i że opieka nad dwójką dzieci na raz wykańcza ją psychicznie. Powiedziała mi prosto w oczy, że od jutra mam już nie przysyłać Poli, bo ona chce ten czas spędzić wyłącznie ze swoim synem.
Słuchałam tego i po prostu zbaraniałam. Zapytałam spokojnie, ile może kosztować ugotowanie większego garnka zupy czy dorzucenie jednego naleśnika dla małego dziecka? Przecież finanse jej rodziny są świetne, a robienie problemu z kilku kromek chleba i paru plasterków sera to jest po prostu jakiś obciach.
Ja haruję na etacie, a sąsiadka tylko układa klocki
Powiedziałam jej wprost na tym korytarzu, co myślę o takim egoizmie. Ja przecież ciężko haruję na etacie, a ona i tak nie pracuje, tylko siedzi w domu i układa klocki, więc co to za problem rzucić okiem na jeszcze jedno dziecko i pomóc sąsiadce? Stwierdziłam, że jej zachowanie to jest totalny brak solidarności. Olga bez słowa zatrzasnęła mi drzwi przed nosem, a dzisiaj na osiedlowej grupie zrobiła ze mnie najgorszą, pisząc jakieś bzdury o nękaniu i podrzucaniu dziecka.
Czuję się potwornie skrzywdzona i wściekła. Czy bycie mamą, która ma ten luksus i nie musi pracować zawodowo, zwalnia z empatii i pomagania innym rodzicom, którzy toną w obowiązkach w wakacje?
Co o tym myślicie, drogie czytelniczki? Czy ja naprawdę wymagałam zbyt wiele od sąsiadki zza ściany, czy to dzisiejsze niepracujące matki totalnie straciły klasę i potrafią tylko patrzeć na czubek własnego nosa?
Pozdrawiam serdecznie całą Redakcję,
Paulina
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl