Wszyscy w restauracji przestali jeść. „To, co ta matka zrobiła przy stole, przechodzi ludzkie pojęcie”
Widok, który zastałam przy stoliku obok, sprawił, że na sali zapadła absolutna cisza, a ja do teraz zadaję sobie pytanie: gdzie leży granica między naturalnym macierzyństwem a zachowaniem, które w miejscu publicznym po prostu przechodzi ludzkie pojęcie?

Wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie, lokal był pełen rodzin z dziećmi, panował gwar, a zapach świeżej pizzy unosił się w powietrzu. Obok nas usiadła młoda, na oko bardzo troskliwa mama z około dwuletnim maluszkiem. Wszystko było w porządku do momentu, gdy na stole pojawiło się główne danie, a kobieta, zamiast sięgnąć po słoiczek czy plastikowy nożyk, zaczęła karmić dziecko w sposób, który sprawił, że dosłownie wszyscy wokół przestali jeść.
Widziałam w oczach gości zmieszanie, a u niektórych nawet wyraźny dyskomfort, bo to, co działo się na naszych oczach, było czymś, czego nikt z nas nie spodziewałby się zobaczyć w eleganckim lokalu.
Powrót do natury czy brak wyczucia miejsca i sytuacji?
Młoda mama, chcąc podać dziecku kawałek miękkiego warzywa i mięsa z własnego talerza, najpierw je sama przeżuła. Widok dorosłej osoby, która dzieli się posiłkiem w ten sposób przy restauracyjnym stole, był dla wielu po prostu nie do przyjęcia.
Poczułam się wtedy bardzo dziwnie, bo nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że istnieją pewne granice intymności. W restauracji, gdzie każdy płaci za komfort i estetykę podania potraw, takie sceny budzą naturalny opór. Czy naprawdę w dobie powszechnego dostępu do widelców, rozgniataczy i dziecięcego menu, musimy wracać do metod, które dla postronnych obserwatorów są po prostu niehigieniczne i krępujące?
Higiena kontra matczyny instynkt
Jako matka uważam też, że podawanie dziecku jedzenia w ten sposób jest bardzo niehigieniczne. Patrzyłam na tę mamę i zastanawiałam się, czy ona naprawdę uważa to za najlepszy sposób, czy po prostu zapomniała, że nie jest w swojej kuchni, gdzie nikt jej nie ocenia.
Gwar restauracji nagle ucichł, bo ludzie zaczęli się sobie nawzajem przyglądać, a potem dyskretnie odwracać wzrok w stronę okien. To nie był hejt, to było po prostu ogólne poczucie, że uczestniczymy w czymś zbyt prywatnym, czymś, co nie powinno dziać się nad talerzem w miejscu publicznym. Czy instynkt, który podpowiada nam, by za wszelką cenę nakarmić dziecko, powinien całkowicie wyłączać nasze poczucie dobrych manier i zasad higieny panujących w społeczeństwie?
Czy w restauracji wolno nam wszystko w imię macierzyństwa?
Najbardziej uderzyło mnie to, że młoda kobieta kompletnie nie zauważyła konsternacji, jaką wywołała. Była tak zapatrzona w swoje dziecko, że nie docierały do niej karcące spojrzenia kelnerów ani fakt, że starsza para przy sąsiednim stoliku poprosiła o zapakowanie reszty jedzenia na wynos i szybko wyszła. Wierzę w wolność i karmienie piersią w miejscach publicznych (co sama robiłam), ale przeżuwanie jedzenia przy stole to dla mnie zupełnie inny poziom, który uderza w podstawy kultury jedzenia w grupie.
Chciałabym poznać opinię innych matek. Czy ja faktycznie jestem zbyt surowa i staroświecka, czy może jednak macierzyństwo nie zwalnia nas z myślenia o tym, jak nasze zachowanie wpływa na komfort osób postronnych? Kochajmy nasze dzieci ponad wszystko, ale szanujmy też przestrzeń publiczną, która należy do nas wszystkich. Nie róbmy z restauracji miejsca, w którym zasady higieny i dobrego smaku przestają istnieć tylko dlatego, że tak jest naturalnie.
Kasia
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Urodziłam jedno dziecko, a w domu mam dwoje. Mąż nawet palcem nie kiwnie przy małej”