Reklama

Droga Redakcjo! Mam już serdecznie dość słuchania w mediach i internecie, jak to polskie rodziny pławią się w luksusach dzięki rządowym dotacjom. Jestem mamą dziesięcioletniego pasjonata nauki i powiem Wam prosto z mostu, jak wygląda rzeczywistość na moim koncie bankowym.

Z 800 plus opłacam angielski i nic nie zostaje. Kiedy w zeszłym tygodniu usiadłam do podliczenia domowego budżetu, aż złapałam się za głowę. Państwo co miesiąc rzuca nam ten ochłap, dumnie nazywając go wsparciem wychowawczym, a tymczasem ceny dodatkowych lekcji, bez których nasze dzieci nie mają szans w dzisiejszym świecie, wystrzeliły w kosmos. Uważam, że system jest chory i państwo powinno dokładać jeszcze kilka stówek do korepetycji czy wycieczek, jeśli naprawdę zależy mu na przyszłym pokoleniu.

Drożyzna w edukacji, czyli jak 800 plus znika w jeden dzień

Moja przygoda z finansowaniem marzeń syna zaczyna się i kończy w szkole językowej. Mój Bartek chodzi na dodatkowy angielski dwa razy w tygodniu, bo poziom w jego publicznej szkole podstawowej to jakaś farsa − wieczne zastępstwa, przepisywanie słówek z podręcznika i zero praktycznej nauki mówienia. Koszt? Równe 650 złotych miesięcznie za kurs w grupie rówieśniczej. Dorzućcie do tego podręcznik na początku roku za 120 złotych i z mitycznego zasiłku od państwa zostaje mi w portfelu całe 30 złotych.

Za te resztki mam mu kupić buty, opłacić obiady w stołówce, wycieczki i wyjścia do kina? To jest przecież śmieszne. Te pieniądze wchodzą na konto i tego samego dnia wychodzą przelewem do prywatnej firmy edukacyjnej. My, rodzice, zostaliśmy zmuszeni do płacenia podwójnych podatków − najpierw na rzekomo darmową szkołę publiczną, a potem z własnej kieszeni na prywatne lekcje, żeby dziecko w ogóle zdało egzamin ósmoklasisty bez stresu. Dlaczego nikt nie widzi, że edukacja stała się towarem luksusowym?

Darmowa szkoła to fikcja − bez korepetycji ani rusz

Najgorsze jest to, że angielski to dopiero wierzchołek góry lodowej. Bartek zaczyna mieć problemy z matematyką, bo tempo na lekcjach jest zabójcze, a nauczycielka nie ma czasu tłumaczyć materiału dzieciom, które nie zrozumiały tematu za pierwszym razem. Chciałam zapisać go na korepetycje z matematyki − cena za godzinę zegarową u studenta to minimum 80 złotych, a u doświadczonego pedagoga nawet 120 złotych!

Z czego mam na to wziąć? Przecież pracuję na pełen etat, mąż też, a i tak pod koniec miesiąca oglądamy każdą złotówkę z dwóch stron. Państwo powinno stworzyć specjalne bony edukacyjne albo podnieść próg świadczenia dla rodziców, którzy realnie inwestują w rozwój dzieci, a nie przepuszczają tych pieniędzy na głupoty. Dlaczego nikt nie bierze pod uwagę, że wychowanie mądrego, inteligentnego obywatela kosztuje dziś fortunę? Bez płatnego wsparcia z zewnątrz moje dziecko zostanie w tyle, a na to jako matka nigdy nie pozwolę, choćbym miała sprzątać biura po nocach.

Apel o systemowe wsparcie dla ambitnych rodziców

Mam poczucie, że obecny system promuje bylejakość. Jeśli rodzicowi zależy tylko na tym, żeby dziecko przepchnąć z klasy do klasy, to pewnie 800 plus wystarczy mu na chrupki i colę. Ale jeśli chcesz, by Twoja pociecha znała języki, rozwijała logiczne myślenie i miała szansę na dobre studia, państwo zostawia Cię samemu sobie.

Uważam, że dopłaty do korepetycji i zajęć pozalekcyjnych powinny być standardem, zwłaszcza w dobie tak drastycznego spadku poziomu nauczania w publicznych placówkach. Nie chcę luksusów, nie kupuję markowych ubrań, chcę tylko, żeby mój syn miał równe szanse w starciu z rówieśnikami z bogatszych rodzin czy prywatnych szkół. Mam nadzieję, że mój głos dotrze do kogoś, kto decyduje o tych programach socjalnych, bo dzisiejsze 800 złotych jest warte połowę tego, co kilka lat temu, a wymagania wobec naszych dzieci tylko rosną.

Monika Sz.


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Babcia: „Dzieci rządzą rodzicami”. Scena przy stole to dowód, że boimy się własnych dzieci

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...