„Policzyłam, ile wydamy na wakacje dla 4-osobowej rodziny. Przepłakałam cały wieczór”
Podsumowanie wydatków na rodzinny urlop nad Bałtykiem może doprowadzić do łez. Przeczytaj poruszający list matki, która policzyła koszty noclegów, jedzenia i atrakcji dla 4-osobowej rodziny.

Szanowna Redakcjo, piszę do Was, bo czuję się po prostu bezsilna i oszukana przez rzeczywistość, w której przyszło nam żyć i wychowywać dzieci. Usiadłam wczoraj wieczorem z kalkulatorem, żeby zaplanować nasze wymarzone wakacje nad polskim morzem, a skończyło się na tym, że przepłakałam kilka godzin, patrząc na liczby, które kompletnie zrujnowały moje marzenia o rodzinnym wypoczynku.
Przez cały rok oszczędzaliśmy z mężem każdy grosz, odmawialiśmy sobie wyjść do kina czy nowej sukienki, byle tylko zabrać nasze dzieci chociaż na tydzień do Jastrzębiej Góry czy Władysławowa. Chcieliśmy, żeby Antoś i Zuzia pobiegali po piasku, poczuli zapach jodu i po prostu odpoczęli od szkoły i przedszkola.
Ale to, co zobaczyłam na stronach z noclegami i w cennikach atrakcji, to nie jest zwykła drożyzna − to jest jawne wykluczenie zwykłych, ciężko pracujących rodzin z prawa do urlopu. Jako matka czuję ogromny ból, że nie stać mnie na to, by dać dzieciom słońce i szum fal, bo system finansowy po prostu nas pożarł.
Ceny noclegów nad polskim morzem to czyste szaleństwo
Kiedy zaczęłam przeglądać oferty pensjonatów, myślałam, że to jakaś pomyłka w systemie albo żart. Za siedem nocy w pokoju czteroosobowym, bez żadnych luksusów, w obiekcie, który pamięta jeszcze czasy mojego dzieciństwa, właściciele żądają teraz kwot, które przyprawiają o zawrót głowy.
Średnio wychodzi nam od 400 do 600 złotych za dobę za sam dach nad głową, a przecież musimy jeszcze dojechać na miejsce, co przy obecnych cenach paliwa jest kolejnym wydatkiem rzędu kilkuset złotych. Gdy podliczyłam tylko sam nocleg i dojazd, wyszło mi blisko 4,5 tysiąca złotych − i to zanim w ogóle dotkniemy stopą piasku na plaży!
Poczułam się wtedy tak, jakby ktoś dał mi w twarz. Pracujemy z mężem na pełne etaty, staramy się, a okazuje się, że tydzień w skromnym pokoju z łazienką na korytarzu to dla nas wydatek, który pochłania niemal dwie nasze wspólne pensje. Gdzie podziały się czasy, gdy wakacje były czymś naturalnym, a nie towarem luksusowym dostępnym tylko dla garstki najbogatszych? Jak mam wytłumaczyć moim dzieciom, że w tym roku znów zostajemy na działce u dziadków, bo mama i tata, mimo że pracują od świtu do nocy, nie są w stanie opłacić siedmiu dni nad Bałtykiem?
Paragony grozy to nie tylko jedzenie, ale każda minuta urlopu
Druga fala łez przyszła, gdy zaczęłam szacować koszty jedzenia i tak zwanych atrakcji. Każdy, kto choć raz był z przedszkolakiem nad morzem, wie, że wakacje to nie tylko leżenie na kocu. To gofry, lody, karuzela, pamiątki i ta nieszczęsna ryba na obiad, która stała się już symbolem drożyzny. Policzyłam skromnie: obiad dla czterech osób to minimum 200 złotych, do tego gofry po 20 złotych za sztukę (z bitą śmietaną i owocami, o których marzy Zuzia, to już prawie 30 zł!), jakieś picie, lody... Dziennie na samo jedzenie i drobne przyjemności musielibyśmy wydać około 500 złotych, żeby dzieci nie czuły się gorsze od rówieśników na plaży.
Razem z noclegiem daje to kwotę bliską 9 tysięcy złotych za tydzień. Dziewięć tysięcy złotych za siedem dni! Przecież to jest kwota, za którą jeszcze kilka lat temu można było żyć przez dwa miesiące. Patrzyłam na ten wynik na kalkulatorze i nie mogłam przestać płakać, bo zrozumiałam, że to jest bariera nie do przebicia. Każdy gofr, każdy plastikowy wiatraczek kupiony na promenadzie, byłby okupiony stresem, czy starczy nam do pierwszego. Wakacje powinny być czasem wytchnienia, a nie ciągłym liczeniem każdego grosza pod budką z frytkami i odmawianiem dziecku loda, bo budżet pęka w szwach.
Czy wakacje dla rodzin z dziećmi stały się dobrem luksusowym?
Najbardziej boli mnie jednak poczucie niesprawiedliwości i to, jak bardzo państwo zostawiło rodziny same sobie. Programy socjalne, o których tyle się mówi, zjadła inflacja, a ceny w kurortach rosną szybciej niż nasze wypłaty. Czuję, że jako rodzice zostaliśmy zapędzeni w kozi róg − z jednej strony chcemy tworzyć dzieciom wspomnienia, pokazywać świat, uczyć ich radości z lata, a z drugiej strony ściana jest tak wysoka, że nie da się jej przeskoczyć bez zaciągania kredytu. A przecież nie będę brać pożyczki na wakacje, żeby potem spłacać ją przez całą zimę!
Moje dzieci są jeszcze małe, cieszą się z dmuchanego basenu w ogródku, ale ja jako matka mam poczucie porażki. Chciałabym móc zabrać je tam, gdzie horyzont łączy się z morzem, gdzie mogą budować zamki z piasku, o których opowiadam im w bajkach na dobranoc. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że polskie morze stało się dla nas nieosiągalne jak wycieczka na Księżyc. Przepłakałam ten wieczór, bo poczułam, że to przegrane pokolenie, o którym piszą inni, to właśnie my − ludzie, którzy robią wszystko, co w ich mocy, a i tak przegrywają z paragonem w smażalni ryb.
Redakcjo, czy to się kiedyś skończy? Czy jeszcze kiedyś zwykła polska rodzina będzie mogła pojechać na urlop bez poczucia, że rujnuje swój domowy budżet?
Mama Iza
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Ugotowała dziecku suchy makaron, bo nie chciało kotlecika. Oburzona babcia: „Dzisiejsi rodzice są słabi”