Reklama

Piszę do Państwa w niedzielę rano, po kolejnym weselnym maratonie, z którego wróciłam do domu wykończona psychicznie, wściekła i z głębokim poczuciem żalu. Od ponad pięciu lat prowadzę własną działalność gospodarczą, zajmuję się organizacją czasu wolnego dla najmłodszych i regularnie pracuję na dużych, luksusowych przyjęciach ślubnych. Kocham dzieciaki, mam do nich ogromną cierpliwość, potrafię wyczarować cuda z balonów i zorganizować najbardziej wymyślne podchody na terenie ogrodu hotelowego.

Niestety, to co z założenia miało być radosną pracą polegającą na urozmaicaniu czasu maluchom, z sezonu na sezon zamienia się w koszmar z powodu zachowania dorosłych uczestników imprezy. Rodzice bardzo często wychodzą z założenia, że skoro na sali jest animatorka, to mają darmową nianią na całą noc i mogą całkowicie odciąć się od jakiejkolwiek odpowiedzialności za własne potomstwo.

Kulisy pracy animatora dla dzieci, czyli rodzice idą w tango

Młoda para, podpisując ze mną umowę, zamawia zazwyczaj pakiet trzech lub czterech godzin intensywnych zabaw, które najczęściej kończą się w okolicach godziny dwudziestej pierwszej, tuż przed oficjalnymi oczepinami. Moim podstawowym zadaniem jest zorganizowanie gier ruchowych, malowanie twarzy, puszczanie wielkich baniek i dopilnowanie, by dzieci zjadły obiad w radosnej atmosferze, nie przeszkadzając dorosłym w pierwszych toastach.

Problem polega na tym, że dla większości rodziców moment, w którym pojawiam się na sali w kolorowym stroju, jest sygnałem do rozpoczęcia imprezy bez żadnych hamulców. Podrzucają mi swoje pociechy, często nawet dwuletnie maluchy, które jeszcze nie potrafią dobrze mówić, i znikają przy barze na długie godziny, nie sprawdzając ani razu, co dzieje się z ich dzieckiem.

Kiedy mija zakontraktowany czas mojej pracy i zaczynam pakować chusty animacyjne, farbki oraz tunele do wielkich toreb, w kąciku zabaw zaczyna się prawdziwy dramat. Muszę dosłownie biegać po zatłoczonym parkiecie, przeciskać się między gośćmi i szukać matki lub ojca, którzy w najlepsze tańczą w kółeczku i są głęboko oburzeni, że śmiem im przerywać zabawę. Słyszę wtedy agresywne komentarze, że przecież wesele jeszcze trwa, że oni chcą się napić, a ja powinnam posiedzieć z dziećmi jeszcze godzinę czy dwie, bo przecież od tego tutaj jestem. Nikt nie rozumie, że ja również mam swój czas pracy, swoje plany i po prostu nie jestem prywatną, całodobową opiekunką zatrudnioną przez nich osobiście.

Rodzice na weselu i dramat zmęczonych maluchów

Najbardziej przerażające i bolesne sytuacje mają miejsce w okolicach północy, kiedy zmęczenie u najmłodszych sięga zenitu, a głośna muzyka i hałas na sali stają się nie do zniesienia. Wczoraj około godziny dwudziestej trzeciej pewien mocno wstawiony pan przyprowadził do mojego stolika swojego czteroletniego synka, który dosłownie słaniał się na nogach i zanosił od płaczu z wycieńczenia.

Mężczyzna bez cienia zażenowania rzucił mi go na kolana, stwierdził, że młody ma teraz posiedzieć ze mną, bo oni z żoną idą do baru i wrócą, jak się wyszaleją. Dziecko płakało, a ja przez kolejną godzinę tuliłam obce maleństwo na krześle, podczas gdy jego matka ryczała ze śmiechu na parkiecie obok.

To nie jest odosobniony przypadek − to smutna, weselna norma, w której dzieci stają się uciążliwym dodatkiem do imprezy dorosłych. Rodzice potrafią przynieść mi zasypiające niemowlę w nosidełku, postawić je przy stole i pójść dalej, mając w nosie, że maluch potrzebuje ciszy, ciemności i przede wszystkim trzeźwego opiekuna obok. My, animatorki, stajemy wtedy przed potwornym dylematem moralnym, ponieważ formalnie nasza umowa wygasła, ale z czystej ludzkiej empatii i odpowiedzialności nie możemy zostawić bezbronnego, zapłakanego kilkulatka samego na środku sali.

Gdzie kończy się rola animatora, a zaczyna czysty egoizm

Chciałabym, żeby rodzice idący na wesele z dziećmi wreszcie zrozumieli, że animator to nie jest instytucja charytatywna ani darmowa niania, która ma obowiązek wychowywać i pilnować ich pociech do białego rana. Moja obecność na weselu ma być miłym dodatkiem i atrakcją, urozmaiceniem czasu dla maluchów, a nie sposobem na całkowite zrzucenie z siebie obowiązków rodzicielskich na całą noc. Wykazujecie się skrajnym egoizmem, oczekując, że obca dziewczyna za grosze będzie przewijać Wasze dzieci, wycierać im nosy i kłaść je spać na złączonych krzesłach w huku głośników, podczas gdy Wy realizujecie swoje imprezowe ambicje.

Apeluję do wszystkich par młodych oraz do rodziców, którzy planują letnie wyjazdy na śluby bliskich: zacznijcie szanować naszą pracę i przede wszystkim zacznijcie szanować emocje własnych dzieci. Jeśli chcecie bawić się do piątej rano przy barze, zostawcie maluchy w domu z babcią lub opłaćcie profesjonalną, prywatną opiekunkę do pokoju hotelowego. Kącik animacyjny to nie jest całodobowa przechowalnia, a my nie chcemy, by traktowano nas jak darmowe nianie.

Małgorzata


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Widziała, co rodzice robili na weselu. Świadkowa: „Zgłosiłam to obsłudze. Biedne dzieciaczki”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...