„Myślałam, że teściowa upilnuje wnuczkę na odpuście. Zmroziło mnie po tym, co mała przyniosła do domu”
Moja teściowa zabrała naszą pięcioletnią Zosię na odpust do sąsiedniej parafii, a to, z czym wróciły do domu, sprawiło, że obiecałam sobie jedno: to był ostatni raz, kiedy puściłam dziecko pod jej opieką na taką imprezę.

Zawsze starałam się dbać o to, czym bawi się moja córka i co wkłada do buzi, bo wierzę, że jakość ma znaczenie dla jej rozwoju i zdrowia. Teściowa doskonale o tym wie, wielokrotnie prosiłam ją, żeby nie kupowała Zosi byle czego, ale ona najwyraźniej uważa moje prośby za fanaberie nowoczesnej mamuśki.
Gdy zobaczyłam Zosię wbiegającą do domu z naręczem jaskrawego, śmierdzącego plastiku i buzią umazaną jakimś barwnikiem, serce mi zamarło. To, co teściowa nazywa pamiątką z odpustu, dla mnie jest zwykłym śmieciem, który nie tylko zaśmieca nasz dom, ale może być po prostu niebezpieczny dla dziecka.
Plastikowa tandeta z odpustu zamiast wartościowych zabawek
Pierwszą rzeczą, którą Zosia z dumą mi pokazała, był gigantyczny, różowy karabin na kulki, wykonany z tak cienkiego plastiku, że strach go było wziąć do ręki. Zabawka śmierdziała tanią chemią na kilometr, a krawędzie były tak ostre, że mała mogłaby sobie nimi coś zrobić w ułamku sekundy. Do tego doszły jakieś świecące różdżki, które rozpadły się po dziesięciu minutach, zostawiając na dywanie malutkie baterie, które Zosia mogłaby przecież połknąć!
Jak dorosła, odpowiedzialna kobieta może kupować dziecku coś tak fatalnej jakości? Teściowa tylko wzruszyła ramionami, mówiąc, że przecież dziecku się podobało. Tylko że zadaniem babci jest też myślenie o bezpieczeństwie, a nie kupowanie największego bubla, jaki stoi na straganie, byle tylko mieć spokój i uśmiech na buzi wnuczki przez pięć minut.
Najgorszej jakości słodycze i barwniki nie są dla dzieci!
Jednak to, co znalazłam w reklamówce obok zabawek, przeraziło mnie jeszcze bardziej − stosy cukierków o fluorescencyjnych kolorach, żelki twarde jak kamień i jakieś chińskie podróbki czekolady bez składu na opakowaniu. Zosia od razu dostała ataku energii, zaczęła biegać po ścianach, a godzinę później zwijała się z bólu brzucha i płakała, że chce jej się pić. Teściowa faszerowała ją tymi świństwami przez całe popołudnie, ignorując moje zasady dotyczące ograniczenia cukru i unikania sztucznych barwników.
„Daruj jej chociaż raz, to tylko odpust” − usłyszałam, gdy zwróciłam jej uwagę. Ale to nie jest tylko raz, bo każda jej wizyta kończy się przemycaniem lizaków i tanich wafelków. Dla niej miłość to cukier i plastik, a dla mnie to odpowiedzialność, której ona najwyraźniej nie rozumie.
Brak szacunku teściowej do zasad wychowania rodziców
Najbardziej boli mnie jednak fakt, że teściowa kompletnie ignoruje moje zdanie jako matki, robiąc ze mnie tę złą, która wiecznie wszystkiego zabrania. Ostentacyjnie daje jej te wszystkie prezenty, wiedząc, że nie odbiorę ich dziecku od razu, żeby nie robić sceny i nie sprawiać małej przykrości. To jest czysta manipulacja i podkopywanie mojego autorytetu. Chcę, żeby moja córka uczyła się, że radość można czerpać z wartościowych rzeczy, z czasu spędzonego razem, a nie z gromadzenia tanich gadżetów, które za chwilę wylądują w koszu na śmieci.
Przez takie zachowanie babci Zosia zaczyna postrzegać mnie jako kogoś nudnego i surowego, a teściową jako dobrą wróżkę od śmieciowego jedzenia. Nie mogę na to pozwolić, bo to ja będę później wyciągać dziecko z problemów zdrowotnych i uczyć szacunku do przedmiotów.
Nigdy więcej nie puszczę Zosi na odpust z teściową, bo nie mam zamiaru drżeć o to, czym znowu zostanie uszczęśliwiona moja córka. Wolę, żeby spędziły czas w ogrodzie na zabawie w chowanego, niż żeby babcia kupowała jej miłość za pięć złotych na straganie z tandetą. Rodzina powinna się wspierać w wychowaniu, a nie rzucać kłody pod nogi i ignorować prośby matki o dobrostan jej własnego dziecka.
Laura
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: 10-latek otworzył koperty komunijne i się wściekł. Matka: „Nigdy nie zapomnę jego słów”