Reklama

Jeszcze kilka lat temu komunijne „upominki” dla gości – o ile tak można je nazwać – ograniczały się do kawałka tortu na wynos albo symbolicznego obrazka. Dziś rodzice prześcigają się w pomysłach na personalizowane pamiątki, a internet zalewają oferty komunijnych magnesów ze zdjęciem dziecka, datą uroczystości i grawerem. Tylko czy naprawdę wszyscy marzą o tym, by przez kolejne lata patrzeć na twarz cudzego dziecka przyczepioną do lodówki? Coraz więcej rodziców mówi wprost: „To już przesada”.

Komunijne magnesy podbijają internet

Personalizowane magnesy komunijne można dziś zamówić praktycznie wszędzie – od sklepów z dekoracjami po popularne platformy sprzedażowe typu Allegro. Do wyboru są klasyczne magnesy ze zdjęciem dziecka, drewniane wersje z grawerem, złocone modele z cytatami religijnymi czy miniaturowe ramki z datą komunii. Ceny zaczynają się już od kilku złotych za sztukę, więc dla wielu rodziców to niedrogi, a „efektowny” (w ich ocenie) dodatek do komunijnego przyjęcia.

Trend świetnie wygląda na zdjęciach w mediach społecznościowych. Estetyczne pudełeczko, świeczka, czekoladka i magnes z uśmiechniętym dzieckiem mają być formą podziękowania dla gości komunijnych. Problem w tym, że coraz więcej osób zaczyna zadawać pytanie: po co?

Nie tylko ja uważam, że komunie coraz częściej przypominają małe wesela z obowiązkowymi gadżetami i „pamiątkami”, które bardziej służą pokazaniu, że nasz stać, niż rzeczywistej wdzięczności wobec bliskich. Bo ile takich przedmiotów faktycznie zostaje z nami na dłużej? A ile po cichu trafia do szuflady albo prosto do kosza?

„Mąż powiedział mi: błagam, nie róbmy tego”

– Szczerze? Sama chciałam zamówić takie magnesy. Widziałam je na TikToku i Instagramie, wyglądały naprawdę ładnie. Drewniane, minimalistyczne, z podobizną córki i datą komunii. Wydawało mi się to uroczą pamiątką dla rodziny – mówi mi Natalia, mama 9-latki przygotowującej się do komunii.

– Pokazałam projekt mężowi, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Naprawdę chcesz rozdawać ludziom magnesy z twarzą naszego dziecka? Co oni mają z tym zrobić? Nie szkoda Ci pieniędzy?”. Było mi przykro, bo poczułam się skrytykowana, ale po chwili dotarło do mnie, że chyba miał rację. Sama nie wiedziałabym, co zrobić z takim prezentem od kogoś innego – dodaje.

To właśnie ten moment refleksji pojawia się dziś u wielu rodziców. Bo choć personalizacja stała się modna, nie każdy gadżet automatycznie staje się wartościową pamiątką.

„To jest po prostu kolejny bibelot”

– Na komunii córki kuzynki dostałam taki pakunek dla gości. W środku był miód z lokalnej pasieki, kilka krówek z datą komunii i magnes ze zdjęciem dziecka. I naprawdę zaniemówiłam – mówi Karolina, mama dwóch chłopców w wieku 7 i 15 lat.

– Ja rozumiem sentyment rodziców, ale dla reszty ludzi to jest po prostu kolejny bibelot. Nie chcę oglądać twarzy cudzego dziecka na lodówce. To nie jest moje dziecko, nie mam z nim takiej relacji. W efekcie magnes leżał kilka dni na blacie, a potem trafił do szuflady. Podejrzewam, że niedługo go wyrzucę – dodaje.

Wielu rodziców przyznaje dziś otwarcie, że czują presję organizowania komunii zgodnej z aktualnymi trendami. Personalizowane podziękowania, ścianki do zdjęć, animatorzy, fontanny czekoladowe — wszystko ma być wyjątkowe i... instagramowe. Tyle że goście coraz częściej są tym zwyczajnie zmęczeni.

„Nawet laurek własnego dziecka nie wieszam”

– Jestem chrzestną i dostałam taki magnes od chrześniaka w zeszłym roku. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę stało się modne – opowiada Monika, mama 5-latka.

– Mam zabudowaną lodówkę, więc nawet laurek własnego syna nie wieszam, a co dopiero wieszać zdjęcie chrześniaka. Wiem, że to miało być miłe, ale dla mnie było strasznie niezręczne. Co mam z tym zrobić? Wyrzucić głupio, trzymać bez sensu.

I właśnie ten problem powtarza się najczęściej. Rodzice zamawiają magnesy z myślą o „pięknej pamiątce”, ale goście często czują się zobowiązani do przechowywania czegoś, czego wcale nie potrzebują.

Być może w tym całym komunijnym szale warto wrócić do prostoty. Bo nie każda rzecz z wygrawerowaną datą i zdjęciem dziecka staje się automatycznie wyjątkowa. Czasem mniej naprawdę znaczy więcej – zwłaszcza gdy „pamiątka” szybko zamienia się w kolejny przedmiot, z którym nie wiadomo, co zrobić.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...