Reklama

Droga Redakcjo! Razem z mężem przez dwa lata ciężko pracowaliśmy na to, aby nasze wesele było idealne, dopracowane w każdym calu i komfortowe dla wszystkich zaproszonych gości. Nie oszczędzaliśmy na niczym, chcąc, żeby rodzina czuła się wyjątkowo, dlatego bez mrugnięcia okiem zgodziliśmy się, aby mój rodzony brat przyszedł na przyjęcie ze swoją żoną oraz trójką małych dzieci.

Kiedy w niedzielę wieczorem usiedliśmy z mężem do otwierania prezentów ślubnych, byłam pewna, że czekają nas same miłe chwile, jednak gdy otworzyłam białą kopertę od bratowej, po prostu zdębiałam i przez długi czas nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa.

W środku, zamiast chociażby minimalnego wsparcia finansowego, znalazłam papierowe laurki pokolorowane kredkami przez moich bratanków oraz jeden zmięty banknot stuzłotowy, co w obecnych czasach brzmi jak ponury żart i jawna kpina z młodej pary. Teraz, z perspektywy czasu, czuję ogromną gorycz i żałuję, że w ogóle przyszli na nasze wesele, bo pokazali nam totalny brak szacunku, na jaki nigdy w życiu bym sobie nie pozwoliła wobec najbliższej rodziny.

Koszty talerzyka na weselu a rzeczywistość w kopercie

Zorganizowanie wesela w dzisiejszych realiach to gigantyczny wydatek, o czym doskonale wie każdy, kto w ciągu ostatnich miesięcy rezerwował salę czy zamawiał catering. Za sam tak zwany talerzyk dla osoby dorosłej płaciliśmy ponad czterysta złotych, a menu dla dzieci, choć nieco tańsze, i tak kosztowało nas ponad dwieście pięćdziesiąt złotych za każdego malucha.

Łatwo policzyć, że ugoszczenie pięcioosobowej rodziny mojego brata kosztowało nas blisko półtora tysiąca złotych, nie licząc przecież napojów, paczek z ciastem na do widzenia, noclegu w hotelu, który im opłaciliśmy, oraz profesjonalnej animatorki, którą wynajęłam specjalnie po to, żeby dzieci bratowej się nie nudziły.

Brat i jego żona doskonale znali te realia, bo sami brali ślub kilka lat temu, a bratowa uwielbia chwalić się w mediach społecznościowych drogimi zakupami i zagranicznymi wyjazdami. Nie są to ludzie biedni, którym brakuje do pierwszego, wręcz przeciwnie, oboje świetnie zarabiają i żyją na poziomie. Tym bardziej boli mnie fakt, że potraktowali nasze wesele jak darmowy, luksusowy obiad z całonocną opieką nad ich rozbieganą trójką. Wrzucenie stu złotych do koperty przy tak ogromnych kosztach, jakie ponieśliśmy, żeby ich godnie ugościć, to dla mnie zwyczajne upokorzenie i pokazanie, że nasz wielki dzień był dla nich jedynie okazją do taniej zabawy.

Laurki od dzieci na ślub zamiast wsparcia młodej pary

Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest tłumaczenie bratowej, która w poniedziałek, jak gdyby nigdy nic, zadzwoniła zapytać, jak nam się podobały rysunki od dzieci. Gdy delikatnie, starając się opanować drżenie głosu, wspomniałam, że kwota w kopercie była dla nas sporym zaskoczeniem, usłyszałam zadowolony głos w słuchawce, że przecież prezenty wykonane własnoręcznie przez dzieci mają największą wartość emocjonalną i będą dla nas pamiątką na całe życie.

Myślałam, że pęknę ze złości, słuchając tych bzdur, bo pamiątkami z dziecięcych rysunków nie zapłacę za faktury, które wciąż czekają na uregulowanie u fotografa, florystki i zespołu muzycznego.

Uważam, że zasłanianie się dziećmi i ich laurkami w celu zaoszczędzenia na prezencie ślubnym to szczyt bezczelności i wyrachowania. Dzieci mogły wręczyć te urocze rysunki obok normalnego prezentu od rodziców, a nie zamiast niego. To dorośli przychodzą na wesele i to dorośli powinni mieć świadomość, że kultura i tradycja wymagają, aby włożyć do koperty przynajmniej tyle, by pokryć koszt własnego jedzenia i zabawy. Przez ich zachowanie czuję teraz potworny niesmak za każdym razem, gdy patrzę na te kolorowe kartki papieru, które zamiast o miłości, przypominają mi o skąpstwie i egoizmie najbliższych ludzi.

Awantura rodzinna po otwarciu ślubnych prezentów

Ta sytuacja całkowicie zniszczyła moje relacje z bratem, z którym do tej pory miałam naprawdę dobry, bliski kontakt. Mój mąż jest wściekły i wcale mu się nie dziwię, bo jego znajomi potrafili dać po pięćset złotych od głowy, a mój rodzony brat z całą gromadką zostawił nas z potężnym debetem za ich miejsca przy stole. Między nami a bratem doszło do ostrej wymiany zdań, w której bratowa zarzuciła mi materializm, chciwość i brak serca do dzieci, twierdząc, że wesele robi się dla gości, a nie dla zarobku.

Ja jednak nie chciałam zarobić, chciałam po prostu uczciwości i szacunku dla naszych starań oraz ciężko zarobionych pieniędzy, które włożyliśmy w ten jeden dzień. Obecnie w naszej rodzinie panuje lodowata atmosfera, nikt ze sobą nie rozmawia, a ja zamiast cieszyć się miesiącem miodowym, przeżywam potworny kryzys emocjonalny.

Chcę zapytać inne czytelniczki Państwa portalu: czy ja naprawdę wymagam zbyt wiele? Czy w dzisiejszych czasach oczekiwanie, że bliska rodzina z trójką dzieci nie przyjdzie na wesele z pustymi rękami i stuzłotowym banknotem, to naprawdę jest grzech i materializm, którego powinnam się wstydzić?

Pozdrawiam,

Marianna


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Składam się już na dziesiąty prezent dla nauczyciela. Na kolejny chyba wezmę kredyt”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...