„Wychowujemy pokolenie dzieci na łańcuchu. Sytuacja z komunii najlepszym dowodem”
Piszę do Was te słowa, wciąż czując żal i złość po rodzinnym spotkaniu z okazji pierwszej komunii świętej mojego bratanka. To, co tam zobaczyłam, uświadomiło mi ze straszną siłą, że jako społeczeństwo zmierzamy w przepaść, wychowując pokolenie dzieci na niewidzialnym, ale bardzo krótkim łańcuchu.

Przez cały dzień obserwowałam dziesięciolatków, którzy nie potrafią sami nałożyć sobie sałatki na talerz czy pójść do toalety bez pytania o zgodę, i poczułam, że muszę o tym głośno powiedzieć. Ta komunia miała być świętem radosnych dzieci wchodzących w nowy etap życia, a stała się smutnym pokazem tresury i chorobliwej kontroli, która odbiera im oddech.
Patrzyłam na tych małych ludzi i widziałam w ich oczach niepewność, bo każde ich drgnięcie było natychmiast korygowane przez spanikowanych rodziców, którzy zapomnieli, że dziecko to nie jest własność ani delikatny eksponat w muzeum.
Dziecko na uwięzi, czyli tragedia przy wspólnym stole
Najbardziej uderzyła mnie sytuacja podczas uroczystego obiadu, kiedy grupa dzieci chciała na chwilę odejść od stołu, żeby pobawić się w ogrodzie restauracji. Zamiast radosnego wybiegnięcia na trawę, zaczęły się przesłuchania i instrukcje, które trwały dłużej niż sama zabawa.
Matka jednego z chłopców niemal rzuciła się za synem, krzycząc, żeby nie biegał, bo się spoci, żeby nie dotykał krzewów, bo może być na nich kleszcz, i żeby co trzy minuty wracał się zameldować. Ten dziesięcioletni chłopak stał tam spięty, patrząc na matkę jak na strażnika więziennego, a ja czułam, jak pęka mi serce.
Oni nie bawili się w tym ogrodzie, oni tam wegetowali pod czujnym okiem rodziców, którzy co chwilę podbiegali z mokrymi chusteczkami, żeby wytrzeć niewidzialny brud z rąk albo poprawić kołnierzyk. To pokolenie na łańcuchu nie ma szansy poczuć smaku wolności, bo rodzicielski lęk odciął im skrzydła, zanim zdążyły urosnąć. Dzieci na tej komunii wyglądały jak małe roboty zaprogramowane na bycie grzecznymi i czystymi, a nie jak żywe istoty, które mają prawo biegać, przewracać się i doświadczać świata na własnej skórze.
Nadopiekuńczość rodziców to odbieranie życiowej zaradności
Inny moment, który mną wstrząsnął, wydarzył się podczas wręczania prezentów i składania życzeń. Jeden z chłopców dostał od chrzestnego scyzoryk − taki klasyczny, o jakim marzył każdy z nas w dzieciństwie. Zamiast radości, wybuchła panika, bo matka natychmiast wyrwała mu go z rąk, krzycząc, że to niebezpieczne, że się skaleczy, że on nie umie się tym posługiwać.
Ten chłopak ma dziesięć lat, a traktowany jest jak niemowlę, któremu nie wolno dotknąć niczego twardszego od pluszowego misia. Jak on ma się nauczyć odpowiedzialności i ostrożności, skoro nigdy nie dano mu szansy na popełnienie błędu?
Wychowujemy dzieci, które potrafią obsługiwać smartfona w ułamku sekundy, ale nie potrafią same zawiązać buta bez pomocy mamy, która i tak zrobi to szybciej i lepiej. Na tej komunii widziałam ojców, którzy kroili mięso swoim prawie nastoletnim synom, i matki, które wybierały za nich, jaki sok mają wypić.
To jest hodowanie życiowych niedojd, które w przyszłości zderzą się ze ścianą, gdy tylko zabraknie obok kogoś, kto podstawi im pod nos gotowe rozwiązanie. Boimy się każdego siniaka, każdego niepowodzenia naszych dzieci, a zapominamy, że to właśnie te siniaki budują siłę charakteru i odporność psychiczną.
Krótki łańcuch kontroli niszczy dziecięcą psychikę
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ci rodzice święcie wierzą, że robią to z miłości. Myślą, że chroniąc dziecko przed każdym pyłkiem, dają mu bezpieczeństwo, a tak naprawdę fundują mu lęk przed życiem. Dziecko na łańcuchu uczy się, że świat jest potwornie niebezpiecznym miejscem, a ono samo jest zbyt słabe, by sobie w nim poradzić bez asysty. Widziałam to na twarzach tych dzieci podczas komunii − brak blasku w oku, brak spontaniczności, tylko wieczne zerkanie na rodzica z pytaniem: czy mogę? Czy to jest okej? Czy nie dostanę bury?
Jeśli nie odpuścimy, jeśli nie pozwolimy naszym dzieciom na odrobinę ryzyka i samodzielności, to za kilka lat obudzimy się w świecie pełnym dorosłych ludzi, którzy boją się własnego cienia. Ta komunia była dla mnie smutnym ostrzeżeniem − przestańmy trzymać dzieci na uwięzi naszych własnych lęków. Pozwólmy im się pobrudzić, zmarznąć, a nawet skaleczyć tym nieszczęsnym scyzorykiem. Tylko w ten sposób nauczymy ich, jak być wolnymi i silnymi ludźmi, a nie tylko posłusznymi pionkami w naszych rękach.
Redakcjo, proszę, zaapelujmy do rodziców o odrobinę zaufania do własnych dzieci, zanim całkiem stłamsimy w nich ducha przygody.
Eliza
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Toksyczna matka zawsze robi te 3 rzeczy. Z zewnątrz wygląda na troskliwą mamusię