E-dziennik zabiera prawo do zapomnianych kasztanów? Dlaczego w 1. klasie wybieram czuwanie z tylnego siedzenia
Moja córka właśnie poszła do pierwszej klasy. Na starcie dostałam do ręki wirtualną smycz: login i hasło do e-dziennika. W sieci trwa właśnie zacięta debata o to, czy te szkolne aplikacje to cudowne ułatwienie życia, czy raczej narzędzie inwigilacji, które odbiera dzieciom samodzielność i sprawczość. Czytam te dyskusje z wypiekami na twarzy i jako świeżo upieczona szkolna mama już wiem jedno: nie dam się zwariować. Zamiast analizowania każdej uwagi za brak ołówka, odpuszczam kontrolę 24/7 i wybieram sztukę dyskretnego czuwania z tylnego siedzenia.

Burzę wywołała niedawno Olga Legosz (znana w sieci jako nomadmum81), która ogłosiła, że w ramach buntu nie zainstalowała aplikacji ani dla córki w liceum, ani dla młdoszej (w trzeciej klasie podstawówki). W swoich relacjach bezlitośnie punktuje absurd ciągłej kontroli. Pisze, że nie musimy przez okrągłą dobę śledzić, co tam słychać u naszego „bombelka”, a ciągłe odświeżanie aplikacji generuje u rodziców jedynie niepotrzebne wyrzuty kortyzolu i dopaminy. - Nie jest normalne, że siedzisz w domu w niedzielę, jest miło i wpada 1 z matmy, bo nauczyciel właśnie wstawił, i robi się syfna atmosfera - czytamy na jej profilu. Retorycznie pyta, dlaczego do edukacji potrzebny jest osobny system, skoro cały profesjonalny świat dogaduje się przez mail lub telefon. Podsumowuje to bardzo obrazowo, pisząc, że woli, by jej dziecko dowiadywało się o pracy domowej w szkole, a jak zapomni, to trudno – bo to jest po prostu "nauka zarządzania swoją kuwetą".
Pod jej postem wylało się morze komentarzy, które idealnie obrazują nasz rodzicielski dysonans. Z jednej strony czytam głosy ogromnego poparcia i nostalgii: „Kiedyś była wywiadówka dwa razy w roku i rodzic dowiadywał się wszystkiego, a dziecko miało przestrzeń na własne błędy!”. Trudno się z tym nie zgodzić. Pamiętacie te tradycyjne, papierowe dzienniki? Traktowaliśmy je z niemal religijnym nabożeństwem, to była nasza szkolna świętość. Kiedyś o ocenie mówiło się przy obiedzie (albo ukrywało ją w plecaku do wywiadówki i starało się poprawić, zanim mama się dowie), a dziś rodzic wie o wpadce dziecka szybciej, niż ono zdąży dojść do szatni.
Narzędzie jest tak mądre, jak jego użytkownik
Z drugiej jednak strony, przebijając się przez kolejne komentarze w sieci, trafiam na bardzo trzeźwe głosy. „Przecież to świetne ułatwienie, nie trzeba biegać do szkoły ze świstkami papieru” – piszą inni rodzice. I może to jest sedno? Zdobycze techniki nie są złem wcielonym. Żyjemy w XXI wieku, dlaczego mielibyśmy z nich rezygnować? Narzędzie jest zawsze tylko tak mądre, jak jego użytkownicy.
E-dziennik to nie wrogie oko Wielkiego Brata, o ile sami nie zrobimy z niego narzędzia domowego terroru. Jeśli aplikacja ma nam służyć do szybkiego usprawiedliwienia nieobecności, odczytania komunikatu o zbiórce na wycieczkę albo przypomnienia, czy jutro obowiązuje strój galowy – to jest genialna! Problem rodzi się wtedy, gdy traktujemy ją jak panel dowodzenia życiem naszego dziecka, sprawdzając oceny ukradkiem pod stołem na firmowym spotkaniu. Jeśli tylko my, rodzice, odpowiednio to zrozumiemy, e-dziennik będzie po prostu nowoczesną formą kontaktu ze szkołą.
Prawny obowiązek czy presja społeczna?
Dla tych, którzy – wzorem Olgi Legosz – czują, że to jednak nie dla nich, mam ważną informację. Zanim wpadniemy w panikę, warto wiedzieć: prawnie nie mamy najmniejszego obowiązku korzystania z e-dziennika. Choć szkoły muszą prowadzić dokumentację przebiegu nauczania (reguluje to rozporządzenie MEN), żaden przepis nie zmusza rodzica do posiadania smartfona, opłacania internetu czy logowania się do systemów takich jak Librus czy Vulcan. Prawo oświatowe i Kodeks rodzinny gwarantują nam dostęp do informacji o postępach dziecka, ale forma zależy od nas. Szkoła ma obowiązek udostępnić nam oceny w formie papierowej i umożliwić kontakt podczas osobistych dyżurów. E-dziennik to ułatwienie, nie prawny przymus.
Prawo do zapomnianych kasztanów i czuwanie z tylnego siedzenia
Jako matka siedmiolatki, która dopiero co z dumą założyła plecak, nie zamierzam iść na wojnę z systemem, ale nie oddam mu też władzy nad naszym rodzinnym spokojem. Nie usunęłam e-dziennika. Zrobiłam coś lepszego: wyłączyłam w nim powiadomienia. Zamiast kompulsywnie sprawdzać aplikację przy każdej wolnej chwili, zaglądam tam w piątkowe popołudnie.
Dania, królująca w rankingach szczęśliwego dzieciństwa, uczy nas odpuszczania perfekcjonizmu. Duńscy rodzice pozwalają dzieciom wyjść w krzywo założonej czapce, by uczyć je samodzielności. Ja również chcę dać mojej córce prawo do drobnych potknięć. Jeśli zapomni spakować farb na plastykę albo nie przyniesie w październiku obiecanych kasztanów – trudno. Dostanie minusa, poczuje konsekwencje i następnym razem sama spakuje plecak wieczorem. Będę czuwać dyskretnie z tylnego siedzenia, pozwalając jej na powolne przejmowanie kierownicy we własnym, szkolnym życiu.