Reklama

Zamiast schematycznego rysunku rodem z podręcznika na kartce pojawił się uśmiechnięty stwór, krzyczący dziarskie: „Ręce do góry!”. Wynik? Wielka, czerwona jedynka i dopisek nauczyciela, który nie pozostawił złudzeń co do jego braku poczucia humoru.

Szkolny schemat kontra ułańska fantazja − gdzie kończy się wiedza, a zaczyna sztuka?

Przyznaję, patrząc na ten rysunek, poczułam najpierw przypływ czystej, rodzicielskiej sympatii. Ten uczeń może i nie wiedział, co to znaczy, że tasiemiec jest uzbrojony, ale zinterpretował to słowo w sposób absolutnie dosłowny i komiksowy. Oczywiście, jako dorośli wiemy, że w biologii uzbrojenie to wieniec haczyków, a nie rewolwer rodem z westernów. Z merytorycznego punktu widzenia nauczyciel miał pełne prawo postawić ocenę niedostateczną − wiedza o budowie pasożytów była przecież zerowa. Ale czy na pewno?

Tu pojawia się pytanie, które od lat zadają sobie nowocześni pedagodzy: czy polska szkoła musi być miejscem, w którym tłamsi się kreatywność w imię sztywnych kluczy odpowiedzi? Ten uczeń wykazał się czymś, czego nie nauczysz się z żadnego podręcznika − myśleniem nieszablonowym i humorem, który w dzisiejszym, przebodźcowanym świecie jest towarem deficytowym.

Postawienie jedynki bez słowa komentarza doceniającego błyskotliwość tej interpretacji jest, moim zdaniem, pedagogicznym grzechem zaniechania. Można było przecież postawić jedynkę z biologii, ale dopisać: „Za poczucie humoru − złoty medal”.

Jedynka w dzienniku, szóstka w życiu − dlaczego boimy się błędu?

Często powtarzam, że oceny to tylko cyfry, które rzadko mówią prawdę o potencjale człowieka. Ten tasiemiec to dla mnie symbol walki z systemem, który próbuje wtłoczyć dzieci w identyczne foremki. Ken Robinson, wybitny ekspert od edukacji, mawiał, że „szkoły niszczą kreatywność”. Ta sytuacja jest tego jaskrawym dowodem. Dziecko, które potrafi tak zażartować na sprawdzianie, ma w sobie odwagę i dystans, które w dorosłym życiu, w kreatywnych branżach czy marketingu, byłyby warte miliony.

Nauczyciel, stawiając jedynkę, zamknął temat. A mógł go otworzyć. Mógł zapytać: „Słuchaj, świetny żart, ale powiedz mi teraz, jak ten tasiemiec naprawdę trzyma się jelita, skoro nie ma rąk?”. W ten sposób nauka stałaby się dialogiem. Boimy się błędów, boimy się wyjścia poza schemat, a potem dziwimy się, że nasi absolwenci świetnie rozwiązują testy, ale mają problem z wymyśleniem innowacyjnego projektu w pracy. Ten rysunek to krzyk o odrobinę luzu w systemie, który dawno stracił kontakt z dziecięcą radością poznawania świata.

Czy kreatywność powinna być oceniana na równi z definicjami?

Można bronić nauczyciela: „Biologia to nauka ścisła, nie miejsce na wygłupy!”. Można też powiedzieć: „Dajcie dzieciom żyć!”. Prawda, jak zwykle, leży pewnie gdzieś pośrodku, ale skłaniam się ku tezie, że szkoła powinna być bezpiecznym miejscem do rozwijania wyobraźni. Jeśli uczeń dostaje sygnał, że jego żart i pomysłowość są warte tylko pogardy w postaci jedynki, to następnym razem po prostu przestanie próbować.

Zastanówmy się, co zapamięta ten uczeń? Definicję tasiemca uzbrojonego? Mało prawdopodobne. Zapamięta za to, że jego kreatywność została ukarana. A przecież można było z tego zrobić lekcję życia. Moim zdaniem, obok tej jedynki, na marginesie powinna znaleźć się wielka, wirtualna szóstka za humor. Bo w świecie zdominowanym przez sztuczną inteligencję to właśnie takie ludzkie, dziwne i zabawne skojarzenia będą naszą największą przewagą.

Drogi Nauczycielu, następnym razem, zanim wyciągniesz czerwony długopis, uśmiechnij się − bo masz w klasie kogoś, kto widzi więcej niż tylko obrazek w podręczniku.

Zobacz też: Pokazała zadanie domowe z matematyki dla 3-klasistów. „Edukacja w Polsce zmierza donikąd”

Reklama
Reklama
Reklama