Reklama

Moja córka Hania od września debiutuje w pierwszej klasie. Byłam przygotowana na wydatki − strój na wf, worek na kapcie, porządny plecak, to jasne. Jednak to, co pani wychowawczyni rozdała nam na kartkach pod hasłem „wyprawka”, zwaliło mnie z nóg. Nie chodzi nawet o samą liczbę rzeczy, ale o fakt, że obok każdego punktu widniała nazwa konkretnego, zagranicznego producenta.

Czy nauczycielka ma prawo wymagać kredek konkretnej marki, i to tych najdroższych, z półki dla profesjonalnych plastyków? Wybrała produkty premium, więc może sama nam zafunduje te zakupy, skoro zwykłe przybory z marketu kłują ją w oczy?

Lista wyprawkowa do szkoły − dlaczego musimy kupować produkty premium?

Rozumiem, że tanie kredki za dwa złote potrafią frustrować, bo łamią się przy mocniejszym docisku. Ale między chińskim bublem a profesjonalnymi, ergonomicznymi kredkami artystycznymi za kilkadziesiąt złotych jest cała masa przyzwoitych, polskich produktów w normalnych cenach. Na naszej liście pani wychowawczyni pogrubioną czcionką zaznaczyła jednak, że farby mają być wyłącznie w tubkach od jednego producenta, nożyczki z ergonomicznym oczkiem, a plastelina tylko ta, która nie brudzi rąk, z logiem znanej francuskiej firmy.

Kiedy z ciekawości wrzuciłam te wszystkie pozycje do koszyka w sklepie internetowym, rachunek wyniósł mnie blisko dwieście pięćdziesiąt złotych. Przypominam, mówimy o publicznej placówce, do której chodzą dzieci z różnych domów, a nie o elitarnej szkole z internatem. Finanse wielu rodzin przed wrześniem i tak są napięte, a tu z góry narzuca nam się standardy, na które nie każdego stać. Najgorszym dla mnie zaskoczeniem był fakt, że nikt nie zapytał nas, rodziców, o zdanie − dostaliśmy gotowy nakaz i zero alternatywy.

Wspólny karton w klasie − jak szkoły rozliczają przybory dzieci?

Moje wątpliwości potęguje kolejny fakt, o którym dowiedziałam się od starszych stażem mam. Otóż w klasie mojej Hani wszystkie te markowe, drogie przybory pierwszego września wylądują w jednym, wielkim wspólnym koszu w szafie. Dzieci będą z nich korzystać rotacyjnie podczas lekcji plastyki czy zajęć na świetlicy. Oznacza to, że ja wydam fortunę na porządne, miękkie kredki, a moje dziecko dostanie do ręki ogryzek przyniesiony przez kogoś, kto kupił najtańszą marketową tandetę, bo zignorował listę pani.

Gdzie tu jest sens i jakakolwiek logika? Skoro kupuję dziecku porządne narzędzia, to chciałabym, żeby służyły one jemu, uczyły go dbania o swoją własność i szacunku do rzeczy. Wrzucanie wszystkiego do wspólnego worka sprawia, że te luksusowe wymagania nauczycielki tracą jakikolwiek sens. Wychodzi na to, że fundujemy wyposażenie plastyczne dla całej klasy, a pani po prostu wygodnie pracuje się na drogich materiałach, za które zapłacił ktoś inny.

Koszty wyprawki przed wrześniem − jak asertywnie stawiać granice w szkole?

Po powrocie do domu wywiązała się u nas ostra dyskusja. Mąż stwierdził, że powinnam odpuścić dla świętego spokoju, bo nie chce, żeby Hania od pierwszych dni miała pod górkę u wychowawczyni. Ale we mnie wszystko się buntuje. Uważam, że edukacja państwowa powinna być neutralna finansowo i dostępna, a narzucanie konkretnych marek to gruba przesada i przekroczenie kompetencji pedagoga.

Chciałam zapytać inne mamy czytające ten portal: jak radzicie sobie z takimi listami życzeń? Czy kupujecie potulnie wszystko według wytycznych, czy potraficie asertywnie odmówić i przynieść tańsze zamienniki o podobnych parametrach? Pomóżcie, bo nie wiem, czy popadać w konflikt ze szkołą już na starcie, czy zacisnąć zęby i płacić za czyjeś widzimisię.

Pozdrawiam całą Redakcję,

Zuzanna


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Ani jedno dziecko nie przyszło na urodziny mojej Zosi. Gdy poznałam powód, moje serce rozpadło się na kawałki”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...