Nauczyciel kazał kupić papier xero, ręczniki i chusteczki. Matka nie wytrzymała: „To na co idą nasze podatki, skoro rodzice muszą jeszcze wyposażyć szkołę?”
Spojrzałam na listę i pomyślałam sobie tylko jedno: to na co właściwie idą te wszystkie nasze podatki, skoro musimy sami zaopatrzyć budynek szkolny w środki czystości?

Trzymam właśnie w rękach spis zakupów i przecieram oczy ze zdumienia. Moja sześcioletnia Gabrysia od września dumnie maszeruje do pierwszej klasy państwowej podstawówki. Wiadomo, że nowy etap oznacza spore wydatki − buty z jasną podeszwą, plecak, dres na w-f, nie ma z tym dyskusji. Jednak lista, którą wręczyła nam wychowawczyni, totalnie mną tąpnęła.
Zamiast tradycyjnych przyborów do piórnika, na kartce czarno na białym stoi, że każdy uczeń musi dostarczyć ryzy papieru do drukarki, wielkie paczki chusteczek higienicznych oraz mydło.
Wyposażenie szkoły − dlaczego rodzice mają kupować artykuły gospodarcze?
W pełni rozumiem, że dzieci podczas zajęć zużywają sporo materiałów. Jednak wrzucanie do jednego worka zeszytów i bloków rysunkowych z chemią gospodarczą to gruba przesada. Szkoła wymaga, aby przynieść papier ksero, kartony wyciąganych chusteczek w pudełkach oraz butle detergentów antybakteryjnych. Mamy rok 2026 i wydawałoby się, że państwowe placówki mają zapewnione elementarne finansowanie na bieżące utrzymanie łazienek czy sekretariatu, a nie przerzucają koszty na portfele i tak już obciążonych rodziców.
Gdy sprawdziłam ceny tych wszystkich pozycji w drogerii, okazało się, że muszę wydać kilkadziesiąt złotych tylko po to, by Gabrysia miała na czym pisać sprawdziany i czym wytrzeć nos. Nikt nie pyta nas o zgodę − dostajemy od nauczycieli gotowy nakaz i oczekuje się, że bez mrugnięcia okiem przytaszczymy te wszystkie paczki pierwszego września do sali.
Finansowanie oświaty z budżetu − gdzie znikają zapasy z wyprawek?
Najbardziej absurdalny w tym wszystkim jest system rozliczania tych rzeczy. Te wszystkie ryzy, mydła i ręczniki papierowe lądują w klasowym magazynku, z którego czerpie się bez żadnych ograniczeń. Doświadczone mamy otwarcie przyznają, że te zapasy idą na bieżące potrzeby całej placówki − od kserowania materiałów dla wyższych klas po sprzątanie korytarza. W rezultacie rodzice, którzy sumiennie wydają pieniądze na lepszej jakości, delikatne chusteczki czy gruby papier, fundują darmowe materiały dla osób ignorujących zalecenia dyrekcji.
Uważam, że to jawna niesprawiedliwość. Odprowadzam co miesiąc wysokie składki z mojej pensji i mam pełne prawo oczekiwać, że podstawowe środki czystości w toaletach oraz papier do drukarki są gwarantowane przez gminę i państwo. Przerzucanie odpowiedzialności za niedofinansowanie oświaty na budżety domowe rodzin to pójście na łatwiznę, które staje się już u nas niebezpieczną normą.
Prawa rodzica w szkole − jak zareagować na ukryte opłaty?
Wszystko się we mnie buntuje przeciwko takiemu cichemu przyzwoleniu na naciąganie. Szkoła publiczna z założenia ma być bezpłatna, a wymuszanie dostarczania towarów pierwszej potrzeby dla sprawnego działania instytucji to naruszenie wszelkich zasad.
Chciałam zapytać inne mamy: jak podchodzicie do takich list od nauczycieli przed nowym rokiem? Czy bezdyskusyjnie niesiecie do klas te wszystkie kartony i detergenty, czy potraficie asertywnie odmówić i spakować dziecku wyłącznie to, co jest mu potrzebne do nauki? Zastanawiam się, czy zgłosić te praktyki bezpośrednio do kuratorium, czy zacisnąć zęby i zapłacić dla świętego spokoju.
Pozdrawiam całą Redakcję Mamotoja,
Ania
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Złożyli w porę wniosek i już cieszą się pieniędzmi. ZUS wypłaca po kilkaset złotych na dziecko