Twoja zgoda już nie wystarczy: koniec ze zdjęciami ze żłobka w sieci. Psycholożka: "cały ciężar ochrony spoczywa na dorosłych"
"Odbieramy dziecku część jego autonomii" – mówi psycholożka Amanda Staniszewska-Celer o zdjęciach publikowanych w internecie od pierwszych miesięcy życia. Do Sejmu trafił właśnie projekt ustawy, który może to zmienić na dobre: żłobki nie będą mogły publikować zdjęć maluchów w sieci, nawet jeśli rodzic wyrazi na to zgodę. Sprawdziłyśmy, co dokładnie to oznacza – i zapytałyśmy rodziców, co o tym myślą.

Ile razy podpisałaś zgodę na wykorzystanie wizerunku dziecka, nawet nie czytając jej do końca? Przy zapisie do żłobka, przedszkola, na zajęcia dodatkowe – gdzieś między stertą innych dokumentów pojawia się kartka z klauzulą o "promocji placówki w mediach społecznościowych". Podpisujesz, bo wszyscy podpisują, bo nie chcesz być tą trudną mamą, bo to przecież "tylko zdjęcia z balu przebierańców".
Tymczasem do Sejmu trafił właśnie projekt ustawy, który może to wszystko zmienić. Nowe przepisy zakładają, że żłobki, kluby dziecięce i punkty opieki dziennej nie będą mogły publicznie udostępniać wizerunku dziecka – nawet jeśli rodzic wyrazi na to zgodę. Zapytałyśmy psycholożkę Amandę Staniszewską-Celer, co to oznacza z perspektywy rozwoju dziecka, oraz kilkoro rodziców, jak radzą sobie z tym tematem na co dzień – zanim jeszcze zrobi to za nich ustawodawca.
"Zgoda rodzica przestaje wystarczać"
Projekt ustawy o zmianie ustawy o opiece nad dziećmi w wieku do lat 3 przewiduje coś, co jeszcze do niedawna trudno było sobie wyobrazić: podmiot prowadzący żłobek, klub dziecięcy czy punkt opieki dziennej nie będzie mógł, nawet za zgodą rodzica, publicznie udostępniać wizerunku dziecka objętego opieką w tej placówce. W praktyce oznacza to koniec zdjęć maluchów na Facebooku, Instagramie czy stronach internetowych żłobków – niezależnie od tego, jak bardzo dana placówka lubi chwalić się zajęciami tanecznymi czy wycieczką do zoo.
Projektodawcy przewidzieli dwa wyjątki: gdy dziecko jest jedynie "szczegółem większej całości" (np. tłum na festynie) oraz gdy zdjęcia trafiają wyłącznie do rodziców dzieci z danej grupy, w zamkniętym obiegu. Jeśli przepisy zostaną uchwalone, nowe zasady obejmą żłobki, kluby dziecięce i dziennych opiekunów od 1 września 2027 roku, a punkty opieki dziennej – od 1 stycznia 2028.
W uzasadnieniu projektu ustawodawca nie zostawia wątpliwości co do intencji: "Celem projektowanych przepisów jest zapewnienie skuteczniejszej ochrony prywatności, bezpieczeństwa oraz dobra dzieci objętych opieką (...) niezależnie od zgody wyrażonej przez rodziców lub opiekunów prawnych".
To ostatnie zdanie brzmi trochę tak, jakby państwo mówiło rodzicom: "nie do końca ufamy waszej decyzji w tej sprawie". I w pewnym sensie faktycznie tak jest – tylko że, jak tłumaczy psycholożka Amanda Staniszewska-Celer, to nie jest wyraz nieufności wobec rodziców, tylko konieczność wynikająca z czegoś znacznie bardziej podstawowego.
Dlaczego państwo musi wejść w buty rodzica
Jak zauważa A. Staniszewska-Celer, małe dziecko nie ma żadnej możliwości wyrażenia świadomej zgody ani sprzeciwu wobec publikowania swojego wizerunku – a to oznacza, że cały ciężar ochrony jego praw spoczywa na dorosłych.
– Z perspektywy psychologii rozwojowej jednym z podstawowych praw dziecka jest prawo do bezpiecznego budowania własnej tożsamości i prywatności – tłumaczy psycholożka. – Państwo wkracza tam, gdzie istnieje ryzyko, że interes dziecka może zostać podporządkowany interesowi dorosłych, nawet jeśli ich intencje są dobre.
To, dodaje ekspertka, nie jest żadna nowość w polskim prawie rodzinnym – podobnie chronimy dzieci przed innymi decyzjami, których konsekwencji same nie są jeszcze w stanie ocenić. W tym przypadku chodzi jednak o coś, co wyjątkowo trudno cofnąć: cyfrowy ślad, który może pozostać w internecie na całe życie dziecka.
Skoro rozumiemy już, dlaczego ustawodawca w ogóle się tym zajął, warto zapytać o coś bardziej konkretnego: co właściwie dzieje się z dzieckiem, które dorasta, wiedząc, że jego dzieciństwo od pierwszych miesięcy życia było oglądane przez setki obcych osób?
Kiedy dzieciństwo staje się publicznym spektaklem
Zjawisko to ma już swoją nazwę – sharenting, czyli nadmierne udostępnianie zdjęć i informacji o dzieciach przez dorosłych. I, jak przekonuje A. Staniszewska-Celer, dbija się czkawką, gdy dzieci dorastają.
– Coraz częściej obserwujemy, że młodzi ludzie odczuwają dyskomfort, a nawet złość, kiedy odkrywają, jak wiele intymnych momentów z ich życia zostało opublikowanych bez ich zgody – mówi psycholożka. – Mogą mieć poczucie utraty kontroli nad własną historią oraz naruszenia granic prywatności.
Chodzi tu o coś więcej niż tylko wstyd z powodu niefortunnego zdjęcia sprzed lat. Jak wyjaśnia ekspertka, tożsamość rozwija się między innymi poprzez możliwość samodzielnego decydowania o tym, kim jestem i jak chcę być postrzegany.
– Jeśli od urodzenia ktoś tworzy nasz publiczny wizerunek, odbieramy dziecku część tej autonomii – dodaje. – U niektórych nastolatków pojawia się również wstyd, obawa przed oceną rówieśników czy poczucie, że ich życie było bardziej projektem rodziców niż ich własnym doświadczeniem.
Sharenting rodzicielski to jedno. Ale w przypadku żłobków i przedszkoli dochodzi jeszcze drugi wymiar tego problemu – interes instytucji, która na uśmiechniętej buzi dziecka buduje swój wizerunek biznesowy.
Twoje dziecko nie jest reklamą
To właśnie na to zwraca uwagę projektodawca, podkreślając, że dobro dziecka musi stać wyżej niż interes promocyjny placówki. Nie jest to zresztą wyłącznie język ustawy – podobne zdanie wybrzmiało już wcześniej w debacie publicznej. Patryk Bryliński, znany jako "Ten Ojciec z TikToka", mówił wprost, że wykorzystywanie wizerunków dzieci przez placówki to po prostu darmowa reklama, na którą nie każdy rodzic chce się zgodzić – i że w przedszkolu jego córki od razu zdecydowali się na odmowę.
Psycholożka patrzy na to jeszcze szerzej – z perspektywy tego, czego dziecko się w ten sposób uczy.
– Dzieci uczą się przede wszystkim poprzez doświadczenie, a nie deklaracje dorosłych – tłumaczy Staniszewska-Celer. – Jeżeli od najmłodszych lat widzą, że ich wizerunek może być wykorzystywany do celów promocyjnych bez ich udziału w podejmowaniu decyzji, mogą nieświadomie uczyć się, że ich granice są mniej ważne niż potrzeby instytucji czy dorosłych.
Co ważne, ekspertka od razu zastrzega, że nie chodzi o demonizowanie placówek.
– Większość z nich chce po prostu pokazać swoją codzienność i atmosferę – mówi. – Jednak dobro dziecka wymaga dziś większej ostrożności niż kilkanaście lat temu. Pokazanie sali, wspólnych aktywności czy efektów pracy jest możliwe również bez eksponowania twarzy konkretnych dzieci.
Jest jeszcze jeden wymiar tej sprawy, o którym rzadko się mówi wprost – to, co dzieje się z poczuciem bezpieczeństwa dziecka, gdy uczy się, że jest stale oglądane przez nieznajomych.
Kto ogląda moje zdjęcie?
Małe dzieci na początku tego nie rozumieją – ale, jak zauważa A. Staniszewska-Celer, wraz z wiekiem zaczynają dostrzegać, że ich zdjęcia oglądają osoby spoza najbliższego otoczenia.
– Jeżeli dziecko czuje, że nie ma wpływu na to, kto ma dostęp do jego wizerunku, może pojawić się poczucie utraty kontroli nad własną prywatnością – mówi.
To poczucie kontroli, dodaje ekspertka, jest ściśle powiązane z zaufaniem do dorosłych.
– Bezpieczna relacja z dorosłym opiera się na przekonaniu, że opiekun chroni moje granice – tłumaczy. – Jeśli dziecko doświadcza sytuacji, w których jego wizerunek jest publikowany mimo jego dyskomfortu lub bez pytania o zdanie, może to osłabiać zaufanie do dorosłych jako osób dbających o jego bezpieczeństwo.
Nie chodzi przy tym o pojedynczy incydent, tylko o powtarzalny wzorzec.
– Nie pojedyncza publikacja będzie tu kluczowa, ale powtarzalny komunikat: "to inni decydują o tym, co dzieje się z twoim wizerunkiem" – podkreśla psycholożka.
Skoro więc wiemy już, jakie realne konsekwencje psychologiczne niesie za sobą publikowanie zdjęć dzieci bez ich udziału w decyzji, pojawia się naturalne pytanie: kiedy właściwie możemy zacząć pytać dziecko o zdanie?
Ile lat ma dziecko, które umie powiedzieć "nie"
Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba czekać do nastoletniości.
– Sztywnej granicy wiekowej nie ma – mówi Staniszewska-Celer. – Już około 4.–5. roku życia dziecko zaczyna rozumieć proste pytania dotyczące zgody i może komunikować swoje preferencje.
To oczywiście nie jest jeszcze zgoda w sensie prawnym – ale, jak podkreśla ekspertka, to niezwykle ważna lekcja szacunku dla granic. W praktyce warto po prostu pytać: "Czy chcesz, żeby to zdjęcie było pokazane innym?", "Czy jest ci z tym komfortowo?". W wieku szkolnym dziecko powinno być coraz aktywniej włączane w takie decyzje, a jego sprzeciw – traktowany poważnie.
– To nie tylko kwestia ochrony danych – dodaje psycholożka. – To także codzienna nauka autonomii, sprawczości i przekonania, że moje ciało, mój wizerunek i moje granice zasługują na szacunek. Paradoksalnie właśnie takie drobne sytuacje uczą dzieci jednej z najważniejszych kompetencji psychologicznych: że mają prawo powiedzieć "nie" i że dorośli powinni to uszanować.
Teoria teorią, ale jak to wygląda w praktyce, w prawdziwych żłobkach, przedszkolach i klubach sportowych? Zapytałyśmy kilkoro rodziców, jak radzą sobie z tym tematem na co dzień – i co myślą o nadchodzącej zmianie prawa.
Co na to rodzice?
Ania, mama 6-letniego Patryka, od początku podeszła do tematu świadomie.
– My nie publikujemy wizerunku dziecka od urodzenia – mówi. – Przedszkola i szkoły już przy zapisach dają druk, że zgadzamy się na udostępnianie wizerunku. Trochę może kręcą nosem, że muszą zasłaniać jego twarz przy publikacji filmików, ale robili to, więc mam wrażenie, że przedszkole uszanowało naszą decyzję. Ze szkołą zastanawialiśmy się, co robić, bo to jest kwestia jakichś dyplomów, nagród itp. U nas jeszcze wchodziło w grę judo – klub chce publikować zdjęcia, a judo było w przedszkolu. Z reguły każdy chce publikować zdjęcia dzieci dla własnej promocji.
Marta, mama 2-letniej Zosi, która chodzi do żłobka, przyznaje, że nowe przepisy to dla niej ulga.
– Szczerze? Ulżyło mi. Nigdy nie czułam się komfortowo, podpisując tę zgodę przy zapisie, ale bałam się, że jeśli odmówię, to będę tą trudną mamą. Teraz to po prostu nie będzie już moja decyzja do obrony przed nikim – stanie się standardem, o który nie trzeba będzie walczyć w pojedynkę.
Tomasz, tata 4-letniego Franka, ma bardziej mieszane uczucia.
– Rozumiem ideę, ale trochę żal mi będzie tych wszystkich uroczych zdjęć z przedstawień, które teraz mogliśmy zobaczyć na Facebooku żłobka, zanim jeszcze odebraliśmy dziecko. Z drugiej strony, gdy syn kiedyś zapyta, dlaczego jego zdjęcia z pierwszych kroków krążą po internecie, wolę mieć na to dobrą odpowiedź niż tłumaczyć się, że "tak było wygodniej".
Eksperci i rodzice zwracają uwagę również na potężną lukę w nowych przepisach – ustawa chroni wyłącznie maluchy w żłobkach, całkowicie ignorując problem w przedszkolach i szkołach podstawowych. To właśnie na tych późniejszych etapach edukacji wizerunek dzieci jest najintensywniej eksploatowany pod przykrywką relacji z akademii, pasowań czy wycieczek. Skupienie się ustawodawcy wyłącznie na opiece do lat trzech sprawia, że starsze, wciąż nieposiadające cyfrowej autonomii roczniki, pozostają bez żadnej systemowej ochrony.
Nowe prawo prawdopodobnie wejdzie w życie dopiero za rok, może dwa. Ale rozmowa, którą wywołuje, jest ważna już teraz – bo pokazuje, że ochrona wizerunku dziecka to nie kaprys nadopiekuńczych rodziców, tylko fundament tego, jak dziecko będzie później rozumiało własne granice. Może więc, zanim znów podpiszesz kolejną zgodę przy zapisie na zajęcia, warto zadać sobie to samo pytanie, które psycholożka radzi zadawać dzieciom: czy na pewno jest ci z tym komfortowo?
Czytaj także:
Pokolenie szoferów. Jak wozimy dzieci na zajęcia, tracąc po drodze własne życie i ich samodzielność
Avondvierdaagse to nie nowy, modny termin. To sposób Holendrów, by dzieci były szczęśliwsze