Reklama

Jest wtorek, godzina siedemnasta trzydzieści, a my od godziny tkwimy w korku, próbując przetransportować nasze zmęczone dziecko z lekcji angielskiego na basen. W schowku stiu zimna, niedopita kawa, w głowie pulsuje lista zakupów, a z tylnego siedzenia dobiega jedynie cichy szelest odtwarzanej na tablecie bajki. Z miłości i troski o ich przyszłość zamieniłyśmy się w pełnoetatowych kierowców. Amerykański model „soccer mom", czyli matki wożącej dzieci z zajęć na zajęcia, sprawnie przeszczepił się na polski grunt. Zoptymalizowałyśmy ich i nasze życie tak bardzo, że po drodze zgubiłyśmy coś bezcennego: ich wolność i nasz święty spokój.

Popołudnia współczesnych rodziców coraz częściej przypominają logistyczny majstersztyk. (na szczęście są wakacje!). W czasie roku szkolnego dzieci muszą dzisiaj ciężko pracować, uczęszczając na taniec, angielski, tenis, judo czy skrzypce. Wożone przez rodzica z zajęć na zajęcia wracają do domu prawie tak późno jak ich rodzice i tak samo jak oni padnięte ze zmęczenia. Ale czy zadałyśmy sobie pytanie, jaki koszt emocjonalny ponosimy my same i jakie życiowe kompetencje odbieramy w ten sposób naszym dzieciom?

Życie na żółtym świetle i strach przed straconą szansą

Kiedy nasze rodzicielstwo niechcący zmienia się w niekończący się projekt logistyczny, pierwszym, co tracimy, jest czas dla siebie. Dlaczego właściwie tak bardzo narzucamy sobie to tempo? Psychoterapeutka Amanda Staniszewska-Celer, pytana wywiadzie „Presja zajęć dodatkowych może zamienić się w wyścig zbrojeń" o skłonność rodziców do zapisywania najmłodszych na taką liczbę dodatkowych aktywności, zwraca uwagę, że najczęściej pojawia się obawa przed tzw. „straconą szansą”. Chcemy wyposażyć je w jak najwięcej narzędzi, by miały „lepszy start”.

Niestety, często same wpadamy w pułapkę. Jak ostrzega Staniszewska-Celer, dochodzi tu mechanizm projekcji: sukcesy dziecka stają się przedłużeniem sukcesów rodzica. Presja, którą w ten sposób nakręcamy, sprawia, że dorosły nie bierze pod uwagę realnych zainteresowań i potrzeb samego dziecka. Zamiast czułej, uważnej mamy, nasze dzieci otrzymują kobietę skrajnie wyczerpaną, która zza kierownicy wydaje krótkie polecenia: „zjedz szybko bułkę”, „spakuj strój”. A my, w imię źle pojętego „dobra dziecka”, fundujemy sobie wypalenie.

Zniknięcie podwórka i śmierć „kompetencji ulicznych”

Wygoda i bezpieczeństwo, jakie daje podwożenie pod same drzwi szkoły czy domu kultury, mają jednak potężny koszt. Zabawa na podwórku to już czas przeszły, ponieważ po prostu nie ma na nią czasu. Odbieramy najmłodszym to, co możemy nazwać „kompetencjami ulicznymi” – umiejętność nawigowania po własnym mieście, radzenia sobie ze zmienną pogodą w drodze na przystanek, czy zwykłą zaradność w kontaktach z obcymi. Zamykając je w bezpiecznych, klimatyzowanych bańkach naszych samochodów, nieświadomie uczymy je bezradności.

Tymczasem budowanie dojrzałej psychiki wymaga odpuszczenia kontroli z naszej strony. Psycholożka Angelika Rudszewska, mówiąc o adaptacji i wspieraniu rozwoju dzieci, podkreśla ( w artykule „Nie straszmy dziecka szkołą, ale też jej nie idealizujmy. Jak przygotować dziecko (i siebie) na pierwszy dzień w szkole”), że niezwykle istotną kwestią jest wzmacnianie u nich poczucia sprawczości. Jako przykład ekspertka podaje pozwolenie dziecku na wybór wyprawki szkolnej czy wyegzekwowanie samodzielnego spakowania plecaka. W szerszym, miejskim kontekście to właśnie sprawczość buduje pewność siebie nastolatka. Dziecko, które potrafi pojechać samo autobusem albo wynegocjować lepszą trasę powrotu, buduje bazę pod stabilne dorosłe życie.

Zaufanie to najpiękniejsza inwestycja

Pozwolenie synowi czy córce na powrót komunikacją miejską lub przejście kilkuset metrów do szkoły bez naszej asysty nie jest aktem rodzicielskiego zaniedbania. Wręcz przeciwnie – to wyraz najgłębszego zaufania.

Kiedy zwalniamy blokadę nadopiekuńczości, zyskują na tym obie strony. Dziecko rozwija swoją wewnętrzną strukturę emocjonalną, a my z kolei odzyskujemy coś, o czym zapomniałyśmy: oddech. Ten czas, który do tej pory spędzałyśmy, trzymając nerwowo kierownicę w spalinach miasta, możemy wreszcie podarować sobie. Na powrót do własnej tożsamości.

Nasze dzieci nie potrzebują prywatnego szofera ani kalendarza wypełnionego po brzegi. Potrzebują rodzica, który potrafi wyciągnąć kluczyki ze stacyjki, zatrzymać się i po prostu z nimi pobyć. Bo ostatecznie, najlepszą inwestycją w przyszłość młodego człowieka wcale nie jest elitarne CV, ale proste poczucie, że świat jest bezpiecznym miejscem, po którym potrafi iść o własnych siłach.


Czytaj także:
Avondvierdaagse to nie nowy, modny termin. To sposób Holendrów, by dzieci były szczęśliwsze

,,Czas to miłość”. Kiedy rodzicielstwo staje się projektem

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...