Reklama

Scenariusz zazwyczaj wygląda bardzo podobnie, niezależnie od tego, czy powodem buntu staje się odmowa kupna kolejnej zabawki, zmęczenie, czy po prostu gorszy dzień malucha. Dziecko nagle zatrzymuje się na samym środku ruchliwego chodnika, napina całe ciało, a z jego gardła wydobywa się dźwięk, który potrafi postawić na nogi całą okolicę. W takich chwilach czas zaczyna płynąć zupełnie inaczej, a zdezorientowany rodzic czuje na sobie palący wzrok obcych osób, z których każda w duchu natychmiast wystawia mu ocenę.

Tradycyjne metody, takie jak spokojne tłumaczenie, próby odwrócenia uwagi czy nawet stanowczy ton, bardzo często zawodzą, ponieważ maluch znajduje się w stanie tak silnego pobudzenia emocjonalnego, że żadne racjonalne argumenty do niego nie docierają.

Sama znalazłam się kiedyś w identycznej sytuacji, kiedy mój syn postanowił zaprotestować przeciwko powrotowi do domu i urządził prawdziwy koncert na oczach tłumu ludzi czekających na przystanku autobusowym. Położył się plackiem na betonowych płytach, zaczął uderzać nogami o ziemię i wyć tak głośno, jakby działa się mu największa krzywda. Przechodnie natychmiast zwolnili kroku, niektórzy zaczęli ostentacyjnie kręcić głowami z dezaprobatą, a inni patrzyli na mnie z wyczekiwaniem, co teraz zrobię. W ułamku sekundy poczułam, jak wzbiera we mnie fala bezsilności i wstydu, jednak zamiast zacząć go szarpać lub przekupywać słodyczami, postanowiłam zaryzykować i przetestować psychologiczny trik, o którym czytałam w jednej z parentingowych grup.

Zaskakująca metoda na wyciszenie płaczącego malucha w minutę

Mój plan wymagał ode mnie schowania dumy głęboko do kieszeni i zrobienia czegoś, co dla większości dorosłych jest kompletnie nienaturalne w miejscu publicznym. Podeszłam do leżącego syna, kucnęłam tuż obok niego, a następnie otworzyłam szeroko buzię i zaczęłam naśladować jego zachowanie, wydając z siebie dokładnie takie same, głośne dźwięki. Zaczęłam po prostu krzyczeć razem z nim, idealnie kopiując każdą zmianę tonu jego głosu i nie zwracając uwagi na to, że w tym momencie stałam się główną atrakcją turystyczną całej ulicy. Ludzie stojący na przystanku dosłownie zamarli z wrażenia, a na ich twarzach malowało się totalne osłupienie, zmieszane z lekkim przerażeniem.

Gapili się na mnie jak na wariatkę lub kompletnie głupią kobietę, która straciła panowanie nad sobą, ale ten pokaz kontrolowanego szaleństwa miał bardzo konkretny cel terapeutyczny. Kluczem do sukcesu okazał się element totalnego zaskoczenia, który natychmiast wybił moje dziecko z transu złości, w jakim się znajdowało. Syn usłyszał, że obok niego dzieje się coś dziwnego, nagle przerwał swój płacz, otworzył szeroko oczy i zaczął mi się przyglądać z niedowierzaniem. Gdy zobaczył, że dorosła mama siedzi na chodniku i krzyczy dokładnie tak jak on, jego system nerwowy otrzymał tak silny i niespodziewany bodziec, że mechanizm histerii po prostu się zresetował. Po dosłownie jednej minucie na ruchliwej ulicy zapadła kompletna, upragniona cisza, a maluch, zamiast płakać, zaczął się uśmiechać.

Psychologiczny reset emocji, czyli dlaczego warto zniżyć się do poziomu dziecka

Ta nietypowa technika, choć dla wielu osób postronnych może wydawać się kontrowersyjna lub wręcz niedopuszczalna, ma swoje bardzo mocne uzasadnienie w psychologii dziecięcej. Kiedy mały człowiek wpada w szał, jego logicznie myślący mózg zostaje całkowicie odcięty przez emocje, a próby rozmawiania z nim z pozycji autorytetu tylko pogarszają sprawę. Zniżenie się do fizycznego i emocjonalnego poziomu dziecka, połączone z lustrzanym odbiciem jego zachowania, wysyła do jego podświadomości bardzo mocny komunikat, że rodzic widzi i rozumie jego frustrację. Zamiast budować mur zakazów i nakazów, wchodzimy na chwilę do świata malucha, co pozwala na błyskawiczne rozładowanie nagromadzonego napięcia.

Oczywiście stosowanie tego patentu wymaga od nas, rodziców, ogromnego dystansu do samych siebie i kompletnego ignorowania tego, co pomyślą sobie o nas obcy ludzie za ścianą czy na ulicy. Często to właśnie nasz własny lęk przed oceną społeczną sprawia, że reagujemy agresją lub uległością, co tylko nakręca spiralę dziecięcego buntu. Przetestowanie tego prostego triku z otwarciem buzi i wspólnym krzykiem pokazuje, że najlepsze rozwiązania bywają najbardziej nieoczywiste. Czasami warto na minutę stać się tą zwariowaną mamą, na którą wszyscy patrzą z ukosa, byle tylko w bezpieczny i bezstresowy sposób przywrócić spokój swojemu dziecku i uratować resztę wspólnego dnia.

Zobacz też: 5-latek urządził histerię w lodziarni na Helu. Reakcja matki zażenowała klientów: „Kompletna porażka”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...