Pokolenie szklanych dzieci. Przez 1 błąd wychowujemy słabeuszy, którzy nie poradzą sobie w życiu
Nie pozwalamy dzieciom na nudę, bo natychmiast organizujemy im czas. Nie pozwalamy na kłótnie z rówieśnikami, bo natychmiast wkraczamy do akcji i sami rozwiązujemy ich dramaty. Nie pozwalamy wreszcie na popełnianie błędów i doświadczanie zbawiennej frustracji. W efekcie wychowujemy emocjonalnych słabeuszy, którzy wejdą w dorosłość z przekonaniem, że świat to luksusowy hotel, w którym ktoś zawsze przyjdzie i posprząta bałagan.

Jako rodzice przeszliśmy fascynującą drogę od chłodnego chowu z lat osiemdziesiątych, gdzie klucz na szyi i zdarte kolana były symbolem wolności, aż do czasów obecnych, w których dziecko otoczone jest grubą warstwą ochronną. Naprawiamy błędy naszych rodziców, czytamy mądre książki i chcemy uchronić nasze maluchy przed jakimkolwiek stresem, smutkiem czy niespełnionym oczekiwaniem.
Niestety, w tym pięknym, pełnym miłości pędzie popełniamy jeden kardynalny błąd, który sprawia, że pod naszymi dachami wyrasta pokolenie szklanych dzieci − istot pięknych, ale tak kruchych, że pękają przy pierwszym zderzeniu z realnym światem.
Tym błędem, nad którym eksperci załamują dziś ręce, jest wszechobecna, paraliżująca nadopiekuńczość, nazywana w literaturze syndromem rodzica-helikoptera lub rodzica-kosiarki. To stan, w którym matka lub ojciec nieustannie krążą nad dzieckiem, usuwając z jego drogi każdą, nawet najmniejszą przeszkodę, zanim maluch w ogóle zorientuje się, że ona tam była.
Rodzice-kosiarki, czyli jak odbieramy dzieciom odporność psychiczną
Największym problemem rodzicielstwa opartego na nadopiekuńczości jest to, że nie pozwalamy dzieciom ćwiczyć ich własnego „mięśnia odporności psychicznej”. Psychologowie od dawna powtarzają, że rezyliencja, czyli zdolność do podnoszenia się po porażkach, nie jest cechą, z którą się rodzimy − to umiejętność, którą trenuje się od najmłodszych lat poprzez doświadczanie drobnych, kontrolowanych kryzysów.
Kiedy twoje dziecko nie dostanie roli w przedszkolnym przedstawieniu, na którą bardzo liczyło, twoim zadaniem nie jest dzwonienie do pani wychowawczyni z awanturą o niesprawiedliwość. Twoim zadaniem jest usiąść obok zapłakanego malucha, przytulić go i powiedzieć: „Rozumiem, że jest ci smutno. Czasem w życiu nie dostajemy tego, czego chcemy, ale poradzimy sobie z tym”.
Rodzic-kosiarka zrobi coś zupełnie innego − pojedzie do sklepu, kupi dziecku najdroższą zabawkę na pocieszenie i wmówi mu, że to pani w przedszkolu się nie zna. W ten sposób wysyłamy w świat człowieka, który nie potrafi przyjąć odmowy. Gdy szklane dziecko dostanie w szkole złą ocenę, nie pomyśli, że musi się więcej nauczyć − uzna, że system jest zły i niesprawiedliwy, a mama powinna natychmiast interweniować u dyrektora.
Odbieramy dzieciom prawo do poczucia sprawstwa i odpowiedzialności za własne czyny. Dorosłość nie wybacza takiej postawy; tam nie będzie mamy, która zadzwoni do szefa i wytłumaczy, dlaczego projekt nie został oddany na czas.
Sterylne dzieciństwo bez charakteru
Nadopiekuńczość przejawia się nie tylko w sferze emocjonalnej, ale także w tej najbardziej prozaicznej, fizycznej. Trzęsiemy się nad każdym krokiem kilkulatka, krzycząc na placu zabaw: „Nie biegaj, bo się przewrócisz!”, „Nie wchodź tam, bo spadniesz!”, „Zostaw ten patyk, bo zrobisz sobie krzywdę!”.
Zamieniliśmy podwórka w sterylne laboratoria z gumowym podłożem, gdzie dziecko nie ma prawa doświadczyć fizycznego ryzyka. A przecież to właśnie poprzez ryzyko, poprzez upadki, wchodzenie na drzewa i testowanie granic własnego ciała mały człowiek uczy się szacunku do niebezpieczeństwa i zaufania do własnych możliwości.
Szklane dziecko, któremu nigdy nie pozwolono na brudne kolana i odrobinę szaleństwa, wyrasta na lękliwego dorosłego. Tacy ludzie paraliżowani są strachem przed jakąkolwiek zmianą, podjęciem ryzyka zawodowego czy wyjściem ze strefy komfortu. Każde nowe wyzwanie wydaje się im górą nie do pokonania, ponieważ nigdy nie sprawdzili, jak to jest upaść i o własnych siłach wstać, otrzepać spodnie i iść dalej. Zamiast budować w dziecku siłę charakteru, hodujemy w nim głębokie przekonanie o własnej bezradności wobec świata.
Czas na wielkie odpuszczenie − jak pozwolić dziecku na mądre potknięcia?
Jak zatem uciec z tej pułapki nadopiekuńczości, nie tracąc przy tym bliskości i miłości? Kluczem jest zmiana naszej własnej definicji dobrego rodzica. Dobry rodzic to nie ten, który eliminuje z życia dziecka wszelki ból, ale ten, który uczy dziecko, jak przez ten ból przejść. Musimy nauczyć się stać o krok w tyle. Pozwólmy przedszkolakowi samodzielnie włożyć buty, nawet jeśli wyjdziemy z domu dziesięć minut później. Pozwólmy uczniowi zapomnieć zeszytu do szkoły i ponieść konsekwencję w postaci braku zadania − gwarantuję, że następnym razem sam przypomni sobie o spakowaniu plecaka.
Zejdźmy z pozycji wiecznego kontrolera. Dajmy dzieciom przestrzeń na nudę, bo to właśnie w momentach nudy rodzi się największa kreatywność. Przestańmy być animatorami ich każdej wolnej sekundy. Kiedy widzisz, że dziecko zmaga się z trudną wieżą z klocków, która wciąż się przewraca, nie podchodź i nie buduj jej za nie. Poczekaj, popatrz, jak próbuje okiełznać złość. Twoja obecność i wiara w to, że maluch sobie poradzi, są warte nieskończenie więcej niż gotowe rozwiązanie podane na tacy.
Kochajmy mądrze − miłością, która dodaje skrzydeł i pozwala latać, a nie taką, która buduje wokół dziecka złotą, ale ciasną klatkę. Tylko w ten sposób wychowamy pokolenie ludzi silnych, samodzielnych i gotowych na wyzwania, jakie niesie ze sobą dorosłe życie.
Zobacz też: Matka zakazała przytulania dziecka. Babcia załamana: „Klasyczny chów kloszowy”