Reklama

W pogoni za byciem rodzicem idealnym za wszelką cenę chcemy uchronić nasze pociechy przed jakimkolwiek dyskomfortem, nudą czy frustracją. Chcemy dać im wszystko to, czego sami nie mieliśmy w dzieciństwie. Jednak w tym całym szlachetnym pędzie bardzo łatwo zatrzeć granicę między miłością a uległością.

Przekonanie, że dobre macierzyństwo polega na bezustannym składaniu siebie w ofierze, to największa pułapka współczesnych rodzin. Kiedy całe twoje życie zaczyna kręcić się wokół humoru przedszkolaka, przestajesz być przewodnikiem, a stajesz się kimś na kształt etatowego pracownika luksusowego hotelu.

Wchodząc w rolę rodzica służącego, wysyłasz dziecku bardzo jasny, choć niezwykle szkodliwy komunikat: „Twoje potrzeby są święte, a moje nie mają żadnego znaczenia”. Mały, chłonny umysł błyskawicznie koduje tę zależność i uczy się traktować dorosłych instrumentalnie. Zamiast budować w dziecku empatię, wdzięczność i zaradność, nieświadomie hodujesz pod własnym dachem małego egocentryka, który z każdym rokiem będzie żądał coraz więcej, oferując w zamian coraz mniej.

Przyjrzyjmy się zatem trzem najpowszechniejszym nawykom, które są jasnym sygnałem alarmowym, że w twojej relacji z dzieckiem doszło do groźnego odwrócenia ról.

Zasada „wszystko pod nos”, czyli jak zabijamy w dziecku naturalną zaradność

Pierwszym grzechem rodzica służącego jest wyręczanie dziecka w czynnościach, które z powodzeniem mogłoby wykonać samo. Podawanie kubka z piciem na zawołanie, wiązanie butów siedmiolatkowi, karmienie łyżeczką zdrowego przedszkolaka, bo tak będzie szybciej i czyściej − to codzienne sytuacje, które powtarzają się w tysiącach domów. Robimy to z miłości, ze zmęczenia, dla świętego spokoju. Jednak usuwając z drogi dziecka każdą najmniejszą trudność, wysyłamy mu ukryty komunikat: „Jesteś za słaby, nie poradzisz sobie, ja zrobię to lepiej”.

W ten sposób na własne życzenie pozbawiamy dziecko poczucia sprawstwa. Maluch, zamiast uczyć się na własnych błędach, doświadczać frustracji związanej z tym, że klocki nie chcą się połączyć, a kurtka nie chce się zapiąć, woli po prostu krzyknąć: „Mamo, zrób!”. Rodzic-służący natychmiast rzuca swoje obowiązki i biegnie na ratunek. Efekt? Wychowujemy dzieci skrajnie niesamodzielne, które w obliczu pierwszego szkolnego problemu rozkładają ręce i czekają na gotowe rozwiązanie. Prawdziwa miłość to nie podawanie wszystkiego na złotej tacy, ale towarzyszenie dziecku w trudzie samodzielnego zdobywania świata.

Domowy grafik pod dyktando przedszkolaka − pułapka wiecznego kompromisu

Drugi nawyk, który bezbłędnie demaskuje rodzica służącego, to całkowite podporządkowanie rytmu dnia, menu oraz planów upodobaniom najmłodszego członka rodziny. Jeśli w weekend jedziecie tylko tam, gdzie są kulki i zjeżdżalnie, choć ty marzysz o spacerze po lesie, to znak, że coś poszło nie tak. Jeśli na obiedzie codziennie królują wyłącznie nuggetsy i naleśniki, bo na widok warzyw dziecko urządza scenę, a ty posłusznie stoisz przy garach, gotując trzy różne posiłki dla każdego z osobna − gratulacje, właśnie oddałaś władzę w domu pięciolatkowi.

Taki dzieciocentryzm uczy malucha, że jego potrzeby są zawsze na pierwszym miejscu, a reszta świata musi się dostosować. W dorosłym życiu tacy ludzie przeżywają ogromny szok, gdy okazuje się, że w pracy czy w związku nikt nie zamierza tańczyć wokół nich i celebrować ich nastrojów. Dziecko musi wiedzieć, że mama i tata to też ludzie, którzy mają prawo do zmęczenia, do własnych smaków, do obejrzenia swojego programu w telewizji czy wypicia ciepłej kawy w ciszy. Pokazywanie dziecku własnych granic to nie egoizm − to najpiękniejsza lekcja empatii, jaką możesz mu dać.

Sprzątanie jako obowiązek rodzica, czyli eliminowanie konsekwencji własnych czynów

Trzecim, niezwykle alarmującym nawykiem jest branie na siebie pełnej odpowiedzialności za bałagan i błędy popełniane przez dziecko. Klasyczny obrazek: wieczór, dziecko idzie spać, a zmęczona matka na czworakach zbiera z dywanu setki drobnych klocków, autek i kredek. Na pytanie, dlaczego maluch sam tego nie zrobił, rodzic-służący odpowiada: „Ojej, on był taki zmęczony po przedszkolu, nie chciałam już wszczynać awantury”.

Tymczasem uwalnianie dziecka od konsekwencji jego własnych działań to najprostszy krok do wychowania dorosłego, który nie szanuje cudzej pracy i cudzego czasu. Jeśli dziecko nabrudziło, powinno posprzątać − oczywiście na miarę swoich możliwości, początkowo z pomocą rodzica, ale rączkami dziecka, a nie twoimi!

Kiedy sprzątasz za swoją pociechę, dajesz jej do zrozumienia, że od czarnej roboty ma w domu niewidzialne elfy (czyli ciebie). W ten sposób buduje się postawę roszczeniową, która w przyszłości zaowocuje brakiem szacunku dla partnera, bałaganiarstwem i kompletnym brakiem odpowiedzialności za własne życie. Czas przestać być sprzątaczką, a zacząć być mądrym nauczycielem życia.

Zobacz też: Matka pozwoliła dziecku nie zjeść obiadu. Babcia nie miała litości: „To rodzicielstwo uległości”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...