Reklama

Wracałam z 3-letnią córką z placu zabaw. Wcześniej wyszłam z pracy, odebrałam ją z przedszkola i poszłyśmy na osiedlowy placyk. Jakoś ok. 17 zgłodniałyśmy i trzeba było wracać.

Wiadomo, to już ta godzina, kiedy dzieci są już zmęczone, głodne, przebodźcowane. Laura ledwo szła, marudziła, aż w końcu – jak to u trzylatki – emocje wzięły górę. Zaczęła płakać, potem krzyczeć. Mocno, rozpaczliwie, całą sobą.

Szłyśmy między blokami. Duże osiedle, dużo ludzi. Jedni zerkali kątem oka, inni udawali, że nie widzą i nie słyszą. Standard. Nie był to pierwszy raz. Każdy, kto ma małe dziecko, zna takie sceny.

I wtedy to się stało. Nad nami z hukiem otworzyło się okno. Starsza pani z parteru wychyliła się i zaczęła krzyczeć. Wyzywać Laurę od „rozpuszczonego bachora”, nad którym mam zapanować. Serio?

„Zapanuj nad nią! Ludzie tu mieszkają!” – warknęła.

Zamarłam na sekundę. Mam „zapanować” nad trzylatką, która właśnie przeżywa emocjonalny armagedon, bo jest zmęczona po całym dniu?

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ta kobieta dorzuciła jeszcze: „Tu mieszkają normalni ludzie i chcą mieć spokój!”.

I to mnie uderzyło najbardziej. „Normalni ludzie”. Czyli co – moje dziecko jest nienormalne, bo płacze? Bo ma trzy lata i nie radzi sobie z emocjami?

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Byłam zmęczona, sfrustrowana, a jednocześnie... bezsilna. Bo zamiast wsparcia czy choćby milczenia, dostałam publiczne upokorzenie.

Odpowiedziałam. I zrobiło się cicho

Nie planowałam tego. Naprawdę. Jestem z tych, którym raczej w oczy cisną się łzy, a nie na usta riposty. Ale słowa same ze mnie wyszły.

Powiedziałam jej, że spokój będzie miała po śmierci – a patrząc na nią, to już niedługo. Zapadła cisza.

Taka ciężka, gęsta, aż nienaturalna. Starsza pani nagle straciła rezon. Stała w tym oknie i patrzyła, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę. Ludzie wokół też przestali udawać, że nic się nie dzieje. Wszyscy patrzyli.

Bo kiedy scena dotyczy dziecka – łatwo oceniać. Ale kiedy dorosły odpowie ostro, nagle robi się niezręcznie.

Dziecko ma prawo do emocji

Wiem, że moja odpowiedź była ostra. Wiem, że nie była „grzeczna”. Ale wiecie co? Mam dość tego, że od dzieci wymaga się więcej niż od dorosłych.

Trzylatka ma prawo płakać. Ma prawo krzyczeć, kiedy coś ją przerasta. Ma prawo być zmęczona, przebodźcowana, zagubiona w swoich emocjach. To nie jest „rozpuszczenie”. To jest rozwój.

Nie, nie „panowałam nad nią” w tamtym momencie. Byłam obok. Starałam się ją przytulić, uspokoić, przeprowadzić przez to. Tak wygląda realne rodzicielstwo – nie z obrazka, tylko z życia.

Kiedyś dzieci miały być „cicho i grzecznie”

Mam wrażenie, że wciąż pokutuje przekonanie, że dziecko powinno być ciche, ułożone i niewidoczne. Najlepiej, żeby nie przeszkadzało – ani w autobusie, ani na podwórku, ani pod czyimś oknem.

Kiedyś tak było. Dzieci „miały się zachowywać”. Emocje były niewygodne, więc się je tłumiło. Płacz? „Przestań, bo ci dam powód”. Złość? „Nie pyskuj”. Smutek? „Nie mazgaj się”.

Dziś próbujemy inaczej. Uczymy dzieci, że emocje są okej – nawet jeśli są głośne, trudne i niewygodne dla otoczenia. I to nie znaczy, że wychowujemy „bachory”. To znaczy, że wychowujemy ludzi, którzy kiedyś może nie będą musieli krzyczeć z okna na cudze dzieci.

Bo będą rozumieli, że emocje to nie brak wychowania. To po prostu część bycia człowiekiem.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Rodzice wstydzą się tego zachowania u dziecka. Nie wiedzą, że świadczy o wybitnej inteligencji

Reklama
Reklama
Reklama