Reklama

Piszę do Was, ponieważ mam serdecznie dość krytycznych spojrzeń innych matek i wiecznego narzekania moich własnych rodziców na to, jak zamierzam wychować swojego syna. Mikołajek od września idzie do przedszkola. Kiedy koleżanki z placu zabaw prześcigają się w opowieściach o tym, która placówka ma nowocześniejsze tablety i zajęcia z programowania dla trzylatków, ja tylko uśmiecham się pod nosem.

Moje dziecko poślę do leśnego przedszkola. Nie pozwolę opiekunkom kisić Mikołajka w sali przez osiem godzin dziennie, tylko dlatego, że tak jest wygodniej dla systemu i pań, które panicznie boją się każdej kropli deszczu czy plamy z błota na spodniach.

Plastikowy świat tradycyjnych placówek, czyli dlaczego uciekam z systemu

Zanim podjęłam tę decyzję, odwiedziłam kilka tradycyjnych, publicznych i prywatnych przedszkoli w mojej okolicy. Scenariusz wszędzie wyglądał tak samo − piękne, pastelowe ściany, podłogi lśniące od chemii dezynfekującej i sterty plastikowych zabawek, które robią wszystko za dziecko.

Najbardziej uderzyło mnie jednak to, jak wygląda tam kwestia wychodzenia na zewnątrz. W jednym z miejsc pani dyrektor z dumą pokazała mi mały, ogrodzony wysoką siatką plac zabaw z bezpieczną, gumową nawierzchnią. Na moje pytanie, jak często dzieci wychodzą na dwór jesienią czy zimą, usłyszałam z rozbrajającą szczerością: „Ojej, jak wieje albo kropi, to siedzimy w sali, bo zaraz połowa grupy byłaby chora, a rodzice mieliby pretensje”.

Wtedy zrozumiałam, że zwykłe przedszkole to krzywda dla żywego, ciekawego świata dziecka. Zamykanie kilkulatków w sterylnych boksach i ograniczanie ich kontaktu z naturą do trzydziestu minut na sztucznej trawie to hamulec dla ich rozwoju. Dzieci potrzebują bodźców, potrzebują dotykać kory drzew, biegać po trawie, obserwować mrówki i uczyć się świata wszystkimi zmysłami. W tradycyjnej sali Mikołajek byłby tylko kolejnym numerkiem w dzienniku, który ma cicho siedzieć przy stoliku i kolorować kserówki. Ja chcę dla niego czegoś zupełnie innego.

Leśne przedszkole to jedyny ratunek dla zdrowia i psychiki malucha?

W leśnym przedszkolu nie ma ścian. Nie ma klimatyzacji, plastikowych grających klocków ani zakazów typu „Nie brudź się”. Dzieci spędzają na świeżym powietrzu prawie cały dzień, niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy sypie śnieg, czy akurat trwa majowa ulewa. Oczywiście, mają swoją bazę, ciepłą jurtę lub drewniany domek, gdzie jedzą posiłki i mogą się ogrzać, ale ich prawdziwą salą dydaktyczną jest las. Kiedy opowiadam o tym mojej mamie, ona łapie się za głowę: „Przecież on ci tam zamarznie! Będzie wiecznie chory!”. To bzdura, która wynika z totalnej niewiedzy.

Dzieci pozbawione kontaktu z przyrodą są bardziej podatne na stres, mają problemy z koncentracją, częściej chorują i zmagają się z wadami postawy. W leśnym przedszkolu Mikołajek będzie budował swoją odporność w naturalny sposób. Zamiast sterylnego powietrza pełnego zarazków w zamkniętej sali, będzie oddychał pełną piersią. Błoto, patyki, kamienie − to są najlepsze zabawki edukacyjne, jakie stworzył świat. One rozwijają kreatywność milion razy lepiej niż najdroższy tablet czy interaktywny robot.

Wolność, brudne kolana i prawdziwe dzieciństwo bez barier

Wiem, że moja decyzja oznacza, iż codziennie będę odbierać z przedszkola dziecko umorusane od stóp do głów. I wiecie co? Nie mogę się tego doczekać! Brudne dziecko to dziecko szczęśliwe, które miało odwagę doświadczać świata bez strachu, że dostanie burę za zniszczone ubranie. Chcę, żeby mój syn potrafił rozpalić bezpieczne ognisko, żeby wiedział, które leśne owoce są jadalne, i potrafił rozpoznać ślady zwierząt. Chcę wychować człowieka wolnego, silnego, który poradzi sobie w każdych warunkach, a nie delikatną roślinkę cieplarnianą, dla której wiatr o prędkości dwudziestu kilometrów na godzinę to powód do natychmiastowego lądowania na zwolnieniu lekarskim.

Wybieram leśne przedszkole, bo głęboko wierzę, że to inwestycja w psychiczną stabilność mojego syna. Tam dzieci uczą się prawdziwej współpracy, pomagają sobie nawzajem przeskakiwać przez powalone pnie, budują szałasy i wspólnie szukają skarbów natury. Nie ma tam chorej rywalizacji o to, kto ma ładniejsze buty, bo wszystkie buty i tak zaraz będą w błocie.

Mam nadzieję, że mój list skłoni chociaż kilkoro rodziców do refleksji. Przestańmy kisić nasze dzieci w zamkniętych pomieszczeniach. Dajmy im przestrzeń, dajmy im wolność i pozwólmy im po prostu być dziećmi, dopóki system nie wtłoczy ich w ramy szkolnych ławek.

Ala


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Matka pozwoliła dziecku nie zjeść obiadu. Babcia nie miała litości: „To rodzicielstwo uległości”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...