Reklama

Droga Redakcjo! Wciąż się trzęsę z emocji i nie wiem, czy to ja jestem przewrażliwiona, czy świat naprawdę stanął na głowie. Mój syn, trzyletni Igorek, od września chodzi do jednego z droższych prywatnych przedszkoli w naszym mieście. Wybraliśmy je z mężem starannie: ekologiczne posiłki, język angielski, małe grupy i rzekomo indywidualne podejście.

Miesięcznie kosztuje nas to, razem z wyżywieniem i zajęciami dodatkowymi, niecałe trzy tysiące złotych. To połowa mojej pensji, ale uznaliśmy, że na dziecku nie będziemy oszczędzać. Chcieliśmy mieć pewność, że Igorek jest pod najlepszą możliwą opieką, kiedy my pracujemy. Dzisiaj ta pewność pękła jak bańka mydlana.

Szokująca prawda za zamkniętą bramą przedszkola

Coś mnie tknęło, żeby dzisiaj podjechać pod przedszkole wcześniej. Miałam wolne przedpołudnie i pomyślałam, że zobaczę, jak mój synek radzi sobie na placu zabaw. Nie chciałam wchodzić do środka i robić zamieszania, więc zaparkowałam przecznicę dalej i podeszłam pod ogrodzenie placówki od strony parku. Dzieci właśnie wyszły na dwór. Słonko świeciło, maluchy biegały, krzyczały − normalny widok. Ale to, co robiły panie przedszkolanki, normalne już nie było.

Na placu były dwie grupy, czyli cztery opiekunki. Wszystkie, bez wyjątku, usiadły na jednej ławce w cieniu. Myślicie, że rozmawiały ze sobą o dzieciach? Albo chociaż patrzyły, czy nikt nie spada ze zjeżdżalni? Skądże! Każda z nich, jak na komendę, wyciągnęła telefon. Przez półtorej godziny − bo tyle tam stałam z zegarkiem w ręku − one dosłownie wrosły w te ekrany. Co chwilę któraś wybuchała śmiechem, pokazywała coś koleżance na wyświetlaczu, a dzieci w tym czasie robiły, co chciały. To nie była chwila, to był standard ich pracy.

Za co płacą rodzice w prywatnych placówkach?

W pewnym momencie mała dziewczynka, może z grupy Igorka, przewróciła się i zaczęła głośno płakać. Pani, która siedziała najbliżej, nawet nie drgnęła przez pierwsze kilkanaście sekund. Dopiero gdy inne dziecko do niej podbiegło i zaczęło szarpać ją za rękaw, łaskawie odłożyła telefon, westchnęła z wyraźnym poirytowaniem i podeszła do płaczącego malucha. Otrzepała jej kolanka od niechcenia i... wróciła do scrollowania Facebooka czy innego TikToka.

Czułam, jak rośnie we mnie agresja. Za co ja płacę te trzy tysiące? Za to, żeby panie miały darmowe Wi-Fi i czas na plotki w sieci? Przecież to jest przedszkole prywatne, tu standardy powinny być najwyższe! Gdybym ja w swojej pracy, siedząc w biurze, przez półtorej godziny gapiła się w telefon, zamiast wykonywać obowiązki, wyleciałabym z hukiem tego samego dnia. A tutaj mówimy o żywych istotach, o małych dzieciach, które nie mają instynktu samozachowawczego. Wystarczy sekunda, żeby któryś maluch spróbował przejść górą przez płot albo wsadził palec tam, gdzie nie trzeba. Te kobiety miały to kompletnie gdzieś.

Telefony w przedszkolu to plaga naszych czasów

Zastanawiam się teraz, co mam zrobić. Czy iść do pani dyrektor i zrobić awanturę? Przecież zaraz uznają mnie za roszczeniową matkę, która się czepia. Ale czy to jest czepianie się? W ofercie przedszkola czytałam o stymulowaniu rozwoju poprzez zabawę na świeżym powietrzu. Gdzie tu jest stymulacja, skoro pani nawet nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z dzieckiem? One są tam tylko ciałem, a duchem siedzą w wirtualnym świecie.

Najbardziej boli mnie to, że Igorek po powrocie do domu zawsze mówi, że panie są miłe. Oczywiście, że są miłe, bo na wszystko mu pozwalają, skoro i tak go nie widzą! Nie po to rezygnuję z wielu rzeczy, żeby opłacić to drogie przedszkole, by moje dziecko było traktowane jak mebel, który trzeba tylko przewietrzyć na dworze. Czuję się oszukana i okradziona z poczucia bezpieczeństwa.

Czy naprawdę w dzisiejszych czasach nie da się wytrzymać kilku godzin bez telefonu, zwłaszcza gdy odpowiada się za życie innych? Mam ochotę zabrać syna z tej placówki jeszcze dzisiaj, ale boję się, że wszędzie jest tak samo − kolorowe ściany, drogie czesne i opiekunki, które widzą świat tylko przez szklany ekran.

Magda, mama Igora


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Dziadkowie to nie darmowa służba na pstryknięcie. „Gdy synowa podrzuciła mi wnuki, usłyszała tylko 3 słowa”

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...