Wakacyjny dyżur w przedszkolu to kpina? „Weszłam i osłupiałam. Paniom nic się nie chce”
Mamy pięcioletniego Szymka, dla którego wyrwanie miejsca na lipcowym dyżurze w sąsiedniej placówce graniczyło z cudem. Musiałam składać wnioski, prosić o zaświadczenia z pracy i stawać na rzęsach. Myślałam, że najgorsze za nami, ale to, co zastałam w środku tygodnia, kiedy przyszłam odebrać syna wcześniej, po prostu zwaliło mnie z nóg.

Proszę mnie dobrze zrozumieć − nie mamy w Warszawie żadnych dziadków ani ciotek, którzy mogliby przejąć młodego choćby na jedno popołudnie. Prywatne półkolonie czy niania na pełen etat przy obecnych cenach i inflacji to dla nas prosta droga do bankructwa, bo stawki w wakacje szybują w kosmos. Publiczny dyżur był dla nas jedynym kołem ratunkowym. Od samego początku czułam jednak, że atmosfera w tym zastępczym przedszkolu jest lodowata. Panie w szatni patrzyły na nas takim wzrokiem, jakbyśmy byli wyrodnymi rodzicami, którzy podrzucają dziecko do więzienia, zamiast zorganizować mu luksusowe wczasy pod palmami.
Wakacyjny dyżur w przedszkolu: zero kreatywności i bajki z rzutnika
Szymek od pierwszego dnia płakał, nie chciał wchodzić do sali i powtarzał, że tam jest strasznie nudno. Myślałam, że to po prostu kwestia zmiany otoczenia i nowych kolegów z grupy. Prawda okazała się jednak o wiele bardziej prozaiczna i bolesna.
W zeszłą środę skończyłam pracę szybciej i postanowiłam zrobić Szymkowi niespodziankę. Była godzina trzynasta, środek słonecznego, pięknego dnia. Spodziewałam się, że dzieciaki biegają po ogrodzie, bawią się w piaskownicy albo chociaż robią jakieś rysunki przy stolikach. Weszłam do budynku cicho, minęłam pusty korytarz i otworzyłam drzwi do sali. To, co tam zobaczyłam, dosłownie mnie wmurowało.
W sali panował półmrok, rolety były zaciągnięte do połowy, a na wielkim dywanie siedziało blisko trzydzieścioro dzieciaków z różnych grup wiekowych. Wszystkie gapiły się jak zahipnotyzowane w ścianę, na której z rzutnika leciała jakaś głośna, durna bajka. Zero kreatywności, zero zabawek, totalna cisza i marazm. A gdzie były panie przedszkolanki? Trzy opiekunki siedziały zbite w kącie przy biurku, piły mrożoną kawę, przeglądały telefony i plotkowały w najlepsze, kompletnie odwrócone plecami do maluchów.
Kiedy weszłam, żadna nawet nie podniosła głowy. Dopiero po chwili jedna z nich raczyła zauważyć moją obecność. Zamiast jakichkolwiek wyjaśnień, usłyszałam bezczelne, rzucone z pretensją pytanie: a pani po kogo, przecież odbiory są od piętnastej.
Smutna rzeczywistość publicznych placówek
W tamtym ułamku sekundy krew we mnie zawrzała. Moje dziecko, zamiast spędzać ciekawie czas na wakacyjnym dyżurze, spędza po sześć godzin dziennie przed ekranem, bo dorosłym kobietom nie chce się ruszyć palcem, żeby zorganizować im jakąkolwiek zabawę. Kiedy zapytałam ostro, dlaczego dzieci nie są na placu zabaw w taką piękną pogodę, usłyszałam zmęczonym głosem, że na zewnątrz jest za gorąco, a one nie będą biegać za tyloma grupami na raz, bo to są grupy łączone i dzieci się nie znają. To jest po prostu kpina z ludzi.
Wychodzi na to, że my, rodzice, jesteśmy traktowani jak petenci, którzy bezczelnie zawracają głowę kadrze pedagogicznej. Przecież te panie nie pracują tam za karę, biorą za to pensje, a wakacyjny dyżur to nie są prywatne wczasy personelu, tylko normalne dni pracy placówki.
Mam już dość milczenia i udawania, że wszystko jest super. Dziewczyny, błagam, napiszcie, jak to wygląda w Waszych miastach? Też zastałyście kiedyś taki smutny widok w salach, czy to tylko ja miałam takiego pecha i trafiłam na absolutne lenistwo? Bo ja po tym tygodniu mam po prostu złamane serce i potworne wyrzuty sumienia, że zostawiam tam mojego synka.
Olga
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Świetlice szkolne powinny działać w lipcu i sierpniu nawet do wieczora? „Rodzice mają prawo do wakacji”