Świetlice szkolne powinny działać w lipcu i sierpniu nawet do wieczora? „Rodzice mają prawo do wakacji”
Właśnie układam wakacyjny grafik dla moich dzieci – sześcioletniego Leona i dziewięcioletniej Weroniki. I powiem Wam szczerze: mam ochotę rzucić tym wszystkim i po prostu się rozpłakać. Kolejny rok z rzędu państwo funduje nam ten sam, absurdalny surwiwal. Szkoła zamyka drzwi na klucz, a pracujący rodzice zostają zepchnięci na margines. Uważam, że czas skończyć z tym fikcyjnym systemem, który udaje, że we współczesnym świecie matka i ojciec mogą nagle zniknąć z pracy na dwa miesiące. Świetlice szkolne powinny działać w lipcu i sierpniu nawet do wieczora, bo my, rodzice, też mamy prawo do normalnego życia, do pracy bez wiecznego poczucia winy i do odrobiny prawdziwego urlopu.

Gdzie upchnąć dzieciaki, żeby przetrwać lipiec i sierpień? Oferty prywatnych firm zalewają skrzynki mailowe, ale ich ceny to jakaś totalna abstrakcja. Półkolonie jeździeckie, obozy programowania, warsztaty artystyczne − brzmi to wszystko pięknie, dopóki człowiek nie dostanie faktury do zapłacenia. A państwo mówi nam wprost: masz dzieci, to płać albo kombinuj.
Opieka nad dziećmi w wakacje to finansowy koszmar dla rodziców
My z mężem zarabiamy normalne, przeciętne pieniądze, spłacamy kredyt hipoteczny. Przy obecnych cenach jedzenia i rachunków wydanie kilku tysięcy złotych na komercyjne dyżury dla dwójki dzieciaków na dwa miesiące to po prostu czyste wariactwo. Przez to nasze lato od lat przypomina smutną sztafetę. Mąż bierze urlop na początku lipca, ja na początku sierpnia. W efekcie mijamy się w przedpokoju jak obcy ludzie. Od lat nie spędziliśmy jako małżeństwo ani jednego wspólnego dnia na plaży czy w lesie.
Jesteśmy wiecznie zmęczeni, poirytowani i spłukani z oszczędności, które w całości pożera ten wakacyjny potwór logistyczny. To nie jest normalne rodzicielstwo, to jest ciągła walka o przetrwanie.
Świetlice szkolne powinny ratować rodziców w wakacje
Zastanawiam się, dlaczego gigantyczne, bezpieczne budynki publicznych podstawówek stoją puste i bezużyteczne przez ponad sześćdziesiąt dni w roku. Przecież to są obiekty utrzymywane z naszych podatków! Dlaczego nikt w ministerstwie nie pójdzie po rozum do głowy i nie zrozumie, że świetlice szkolne w wakacje uratują budżety młodych rodzin? Gdyby państwo zorganizowało w szkołach miejskie, rotacyjne dyżury, gdzie dzieci miałyby zapewnioną opiekę, obiad i bezpieczną zabawę z rówieśnikami chociaż do godziny osiemnastej, odetchnęłyby miliony ludzi w tym kraju.
Moglibyśmy normalnie pracować, bez strachu, że szef straci cierpliwość, kiedy po raz kolejny próbujemy robić telekonferencję z dzieckiem wiszącym na ramieniu. Dzieciaki spędzałyby ten czas w znanym sobie, bezpiecznym otoczeniu, zamiast gapić się w ekrany tabletów w dusznych mieszkaniach. Taka świetlica nie musi być przecież całkiem darmowa. Z pocałowaniem ręki zapłacę rozsądną kwotę za posiłki i materiały do zajęć, ale niech to będą stawki dla ludzi, a nie ceny z kosmosu dyktowane przez prywatny rynek, który żeruje na naszej desperacji.
Jak sobie radzić bez pomocy dziadków?
Najbardziej dobija mnie jednak ten powszechny, społeczny chłód i komentarze, które słyszę od starszego pokolenia. Kiedy mówię mojej mamie czy teściowej, że nie mam już siły na to wakacyjne kombinowanie, słyszę ciągle tę samą śpiewkę: za naszych czasów dzieci biegały z kluczem na szyi od rana do nocy i nikt nie robił problemu. Tylko że świat się zmienił. Jak zorganizować czas dziecku w mieście bez pomocy dziadków, kiedy oboje musimy wyrobić swoje osiem godzin przy biurku, a puszczenie sześcio- czy dziewięciolatka samopas na osiedle to skrajna nieodpowiedzialność?
Jesteśmy zakładnikami systemu, który udaje, że nas nie widzi. Rodzice też mają prawo do wakacji, do oddechu i do tego, by nie spędzać lata na skraju załamania nerwowego, kombinując z fałszywymi zwolnieniami lekarskimi, żeby tylko dociągnąć do września.
Piszę ten list do Waszego portalu, bo wiem, że na internetowych forach jest nas cała masa. Dziewczyny, powiedzcie mi szczerze, jak Wy to ogarniacie? Też czujecie, że państwo zostawiło Was z tym całkiem same, czy macie jakieś swoje patenty na przetrwanie lipca i sierpnia w mieście bez bankructwa? Bo ja w tym roku naprawdę opadam już z sił.
Pozdrawiam,
Marta z Poznania
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl